NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
Birma
November 20, 2009 in Azja, Birma, Podróże

Zostaliśmy kilkukrotnie zapewnieni, że bo Bagan dojedziemy po 4 am, na miejscu jesteśmy minuty po 1 am. Zastanawiamy się przez chwilę, czy nadal jest sens czekać do 6 am z wynajęciem pokoju, chłopak z recepcji wtrąca się do naszej rozmowy, mówiąc, że to byłby problem. Spojrzałam na niego niewyraźnie i pytam, w czym widziałby problem, odpowiada,że problem.

Po kilku godzinach snu wynajmujemy rowery, by odwiedzić okoliczne świątynie, w recepcji mówią nam, co zrobimy przez kolejne trzy dni, szaleństwo, kto powiedział, że tyle tu zostaniemy?

Kierujemy się do Old Bagan, już w pierwszej świątyni podchodzą do nas dzieci i proszą o zrobienie im zdjęcia za pieniądze, są w proszeniu nieugięte, nawet ignorancja na nie nie działa, po chwili przejmują nas starsze kobiety z cygarami. Przed świątynią siedzi facet i żąda 100 K za postawienie roweru w cieniu drzewa. Zostawiamy je na słońcu, więc ten składa krzesełko i odchodzi. W kolejnej świątyni kobieta powtarza “baby for $1″, pytam, czy próbuje sprzedać mi dziecko, odpowiada szczęśliwa, że tak…

Podsumowując, Bagan to miasto żyjące z i dla turystów, ceny zbyt wysokie i wszędzie żądają wprost pieniędzy, ale jest przepiękne.

November 20, 2009 in Azja, Birma, Podróże

Wracamy ulicą z lunchu i nagle, bez zapowiedzi lunął deszcz tak gęsty i intensywny, że po około 15 minutach woda zalała miasto. Na ulicach/rzekach stoją auta, które odmówiły posłuszeństwa, ludzie pchają zalane skutery, najpewniejszym środkiem transportu wydaje się być rower. Taksówki nie jeżdżą, bo poziom wody na drogach stał się zbyt wysoki, także kucany pod plandeką ciężarówki i patrzymy na sparaliżowane miasto.

Aparatu nawet nie próbowałam wyjmować, więc zdjęcia z telefonu.

November 7, 2009 in Azja, Birma, Podróże

Bardzo wczesna pobudka. Przed nami trzy opcje, które pozwolą przedostać się do Namsan: autobus (który przyjeżdża do Hsipaw pomiędzy 6:00-12:00 i żeby go złapać trzeba przez ten czas siedzieć na przystanku, czyli kamieniu), wynajęcie jeepa (zdecydowanie za drogie, chcą $100 za podwózkę w jedną stronę) lub wynajęcie motoru. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw wygrywa opcja trzecia.

Droga jest przepiękna, prowadzi przez góry, co chwilę spotykamy lokalnych mieszkańców pędzących bydło. W każdej kolejnej wiosce witają nas z uśmiechem i nutką zdziwienia na twarzy. Jednocześnie jest ciężko. Wiecznie pod górę, przez kamienie przechodzące w błotne rzeki. Musimy się zatrzymać i przez jakieś 30 minut czekać, aż koparka zepchnie kamienie z drogi (widok koparki w Birmie budzi nasze zdziwienie, bo z tego co zaobserwowaliśmy, używanie maszyn nie jest w tym kraju priorytetem, siła mięśni jest o wiele bardziej popularna). W końcu zaczyna padać, na szczęście zostajemy zaproszeni na herbatę do jednego z domów, tak na przeczekanie. Była to drewniana chata z podwyższeniem, na którym cała rodzina śpi i je. Na ścianie stare plakaty, w kącie palenisko z czajnikiem. Zbierają deszczówkę do misek. Na chwilę w odwiedziny wpadł sąsiad, który wytoczył się z ciężarówki na szklaneczkę spirytu, po czym odjechał. Cieszymy się, że nie wzięliśmy autobusu.

Gdy deszcz ustaje, żegnamy się i ruszamy dalej. Jest jeszcze ciężej, droga przez kamienie i śliskie błoto doprowadza moje ręce do stanu drżenia.

Po 7h jazdy wjeżdżamy na grzbiet góry i osiągamy Namsan.

Spacer po mieście jest wyjątkowym przeżyciem. Wszyscy nas witają, dzieci biegają naokoło, dorośli zagadują, widać, że nie ma tu wielu turystów.

Mijamy miejsce, gdzie suszą lokalną herbatę, panowie zaczepiają nas na ulicy i zapraszają na szklankę spirytusu. Idziemy na wzgórze do Pagody, która przy zachodzącym słońcu prezentuje się wybornie. Wiatr niesie dźwięk dzwonków.

Zaczepia nas chłopak, ma 15 lat, zaprasza do domu dziadka. Zostajemy usadzeni na podłodze przy palenisku i poczęstowani herbatą. Dziadek jest bardzo szczęśliwy, że nas widzi, zaprasza nas na kolację. Dostajemy prezenty w postaci lokalnej herbaty i papierosów skręcanych na udzie Birmijek (prawie). W międzyczasie zebrała się większość wioski i wszyscy nam się przedstawiają. Wygląda na to, że to jedna wielka rodzina.

Namsan to jedno z tych miejsc, do których chce się trafić. Można tu zapomnieć o wszystkim, co dzieje się poza granicami miasteczka. Zdecydowanie warte przedzierania się przez błoto.

November 7, 2009 in Azja, Birma, Podróże

Przed zakupem biletu pytamy, o której autobus dojedzie do Hsipaw. Podobno o 5:30-6:00 rano. Upewniam się kilka razy, bo wydaje mi się to mało prawdopodobne. Za każdym razem słyszę odpowiedź potwierdzającą. Do Hsipaw dojeżdżamy o 2:30 am. Wyrzucają nas na skrzyżowaniu, gdzie nie ma nikogo, tym bardziej latarni. Nikt z nami nie wysiadł, jest ciemno i pusto, nie widać żadnego neonu hotelowego. Robię się trochę niepewna, gdy wchodzimy w ciemną ulicę, której końca nie widać. Nie mamy mapy miasta, nie mamy pojęcia jak znaleźć nocleg (dlatego chcieliśmy dojechać gdy będzie widno, żeby sobie sprawę ułatwić). Po chwili marszu T. dostrzegł gdzieś neon, więc idziemy w tamtym kierunku, to hotel, pracownicy śpią na stołach restauracji ulokowanych na zewnątrz budynku, co ułatwiło nam dostanie się do środka.

Takie jest właśnie Hsipaw, bardzo spokojne i senne.

By rozejrzeć się po mieście i okolicach wypożyczyliśmy rowery – są one bardzo stare i w bardzo złym stanie, jedno z nas wypada “przez to” z trasy i mało co nie rozwala domu, w odpowiedzi na co właściciele obiektu zapraszają nas na pogawędkę.

Za cel obraliśmy Nam Oon Hot Spring. Jechaliśmy dzielnie przez kamieniste ścieżki, zgubiliśmy się na wysypisku śmieci, odnaleźliśmy gigantyczne motylki.

Ostatecznie dotarliśmy do ostatniego mostu, który tuż przed nami się zawalił. Ludzie siedzieli po brzegach i obserwowali jak rwista woda wydziera kawałki ziemi, po kilku minutach most odpłynął niczym tratwa.

October 31, 2009 in Azja, Birma, Podróże

Droga do Malndalay okazała się bardzo przyjemna. Autobus jest prawie luksusowy. Każdy pasażer dostaje poduszkę, butelkę wody, jest nawet TV z Birmijskimi hitami i wszyscy śpiewają (dosłownie). Panowie wieszają na siedzeniu przed sobą plastikowe torebki, do których plują przez czas trwania podróży. Także flegma dynda przed moimi oczami. T zaczyna się źle czuć, kupuję mu herbatę w proszku, za to cytrynową, ale to tylko pogarsza sprawę. Dotrwał do punktu kontrolnego, gdzie panowie z karabinami na ramionach proszą wszystkich o opuszczenie auta i wylegitymowanie się. Świeże powietrze nie pomogło i w efekcie dalszej jazdy my również mięliśmy pełną torebkę. Autobus zepsuł się 2 razy, wszystko wliczone w czas trwania podróży.

W Mandalay od razu odnalazł na były mnich (robiąc demonstrację przeciwko rządowi zrzucił szaty), który zaproponował rundkę po okolicznych wioskach, w zamian za długopisy dla jego uczniów. Propozycję zaakceptowaliśmy z entuzjazmem.

Drogę zaczęliśmy na dachu ciężarówki i tak do samego końca wchodziliśmy wszędzie tylnymi wejściami, by nie płacić do kieszeni rządu ani centa.

Odwiedzamy wioskę, z której pochodzi nasz przewodnik. Jedna z rodzin zaprasza nas do chaty i proponuje thanaka, czyli modny w Birmie makijaż. Pomaga on w przebrnięciu przez upały, bo po nałożeniu chłodzi skórę jak lód.

Specjalizują się oni w garncarstwie i kobiety codziennie noszą po 8 na raz (4 na głowie i po 2 w ręku) do sąsiedniej wioski, by je tam wypalono.

Inne robią cygara, jeszcze inne je palą, dzieci tkają w małych warsztatach ulokowanych pod domami.

O dziwo nikt nie próbuje nam niczego sprzedać. Wszędzie są koty, krowy i mnóstwo dzieci, które biegają naokoło nas i próbują rozmawiać po angielsku.

Na koniec pojechaliśmy oczywiście na most. Poziom wody był tak wysoki, że pozalewał po części mieszczące się tam restauracje.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM