Chrisa nie można opisać w jednym zdaniu, prawdopodobnie nie dałabym rady w kilkudziesięciu zdaniach. To co jest ważne, to że pomagałam mu we wtaszczeniu na dach stołu z grubego drewna na 8 osób. A Chris w zamian schował się w pościeli.
Mam jedno ulubione miejsce w Westergasfabriek, gdzie chodzę na kawę i czytać. Najbardziej lubiłam ogromny drewniany stół, który zajmował niemalże całą antresolę. Ktoś postanowił pozbyć się stołu i czar prysł. Espressofabriek, proszę przywróćcie stół!
Gdy zaczyna się dzień o 4, zaś kończy o 20, nie ma nic lepszego, jak wejść na łódź i popłynąć na kilka dni w morze. Tak też zrobiliśmy. I pięknie było, wszędzie biel mieszała się z błękitem, słońce, ryby i i pewnie więcej bym napisała, gdyby nie fakt, że wraz z pozostałą żeńską częścią załogi dużo czasu spędzałam w odosobnieniu, czekając, aż mój żołądek pokocha tą łódź tak jak i ja.
Jeśli ktoś z was nurkował 5 minut po rozmowie z muszlą klozetową wie jakim nietypowym aczkolwiek wyjątkowym jest to przeżyciem. Dołączcie do tego silny prąd i jesteśmy w tym samym miejscu.
…że jest gorąco i parno, 3 nad ranem, nie możesz spać, bo znalazłeś się nagle w innej strefie czasowej, w tv nie ma nic prócz tajskiego serialu, w który się powoli wciągasz mimo woli, zaś przed wyjazdem postawiłeś sobie za punkt honoru ograniczenie netu do sprawdzenia poczty od czasu do czasu. Co robić?
Po dwuch latach od ostatniej wizyty stwierdzam, że Tajlandia się nie zmieniła. Nadal słyszę “luki luki”, nadal jedzenie rzuca na kolana i wyciska łzy z oczu (nawet jak proszę o mało ostre), jest gorąco, zielono, błękitnie, zwyczajnie przyjemnie.
Pierwsze dni spędziliśmy w Kaoh Lak, jako że jest to baza wypadowa na Similian Islands. Pozwoliliśmy sobie od pierwszych minut na totalne szaleństwo, także jedliśmy ile się da, popijaliśmy owocowymi szejkami i piwem, wchodziliśmy wszędzie, wbiegaliśmy do wody, grzebaliśmy w piasku.
Mamy syndrom niemocy sennej. W Tajlandii o 4 rano jest nadal ciemno. Chciałam zapalić i wyrwałam klamkę z drzwi, przez co uwięziłam nasze ręczniki na balkonie. Po ulicy włóczą się bezdomne psy, my biegamy w deszczu, w piżamach.
Tomi Ungerer zrobił to, co postanowiłam zrobić za 10-20 lat. Jedyna różnica to miejsce, bo ja ustaliłam w głowie, że będzie to Nowa Zelandia. Here today, gone tomorrow. Książka “Far out isn’t far enough. Life in the back of beyond.” jest o życiu pioniera i jego żony, jedzeniu, naturze, polowaniu, staniu się rzeźnikiem, sąsiadach, śmierci, rasiźmie dla zasady, alkoholiźmie, zwierzętach i przechytrzaniu ich. Wszystko ubrane w humor i ilustracje, a na tym T.U. się zna.
“Called Mr Solong to order some hay…
Can I speak to Mr Solong?
He ain’t here.
When can I talk to him?
Don’t know, he’s dead (sob.)
Dead?
Well, yes, he burned in his bed last night, but if you’re calling for some hay you’ll get it all the same.”
“Some days are brittle and little, days for small dabble jobs; snacks replace meals, symphonies are unbearable, and even short stories are too long to read. You putter, mutter, have your hair out, clean old paint brushes, sort out rusty nails from the screws, mend broken dishes, kick the dog.”
“A questionnaire sent out to authors for some kind of reference book arrived. One question was “Hobbies”, I answered: “My wife and butchering…”
“Went down to the barn to decapitate a rooster. With his head chopped off he still keeps on running. Another rooster, a live one, attacks him; a few seconds later the dead one falls dead on the ground. The triumphant rooster is delighted by his victory and crows apoplectically to publicize his glory. How French!”
M. wpadła jak burza, przejęła Amsterdam, podzieliła moje rozczarowanie A. Frank Museum, kupiła buty, pokazała swoje francuskie oblicze i wyjechała. Nasza kanapa tęskni! A ta mała knajpka ze śniadaniami w Westerparku już nigdy nie będzie taka sama…