Sorting it out.
Every each day.

boys will be boys

Bookmark and Share

Sorted out on Friday, February 5th, 2010

1 Response. Add yours!
Poranny marsz mnichów

Codziennie o 6 rano mnisi z Luang Prabang zbierają dary z jedzenia i datków od okolicznych mieszkańców. Raz na jakiś czas zjeżdżają się także ci z sąsiednich wiosek i w wężykach liczących kilka setek osób kroczą przez miasto.

Każdy nosi na ramieniu swoją mise.  Chodzą przez około 1-2h. Po bokach dróg siedzą na matach mieszkańcy z przygotowanymi darami, zazwyczaj jest to uprzednio ugotowany ryż.

Nagle w powietrzu roznosi się dźwięk dzwonów i na ulicach pojawiają się pomarańczowe wężyki. Na czele tych z jednego klasztoru zawsze stoi główny mnich.

Zrywając się z łóżka o 5 rano gotowa byłam na bardzo intymne przeżycie, ja siedząca gdzieś na brzegu chodnika i setki mnichów. Okazało się, że ze mną siedziały dziesiątki turystów, ale i tak było intensywnie.

Co mnie nieco zaskoczyło to fakt, że mnisi nie spożywają zebranych darów, co ma miejsce między innymi w Birmie. Na ulicach porozstawiane są kosze, w których wypróżniane zostają misy. Korzystają na tym z pewnością biedni z okolicy i dzieci, które biegają z kartonami i wybierają co ciekawsze kąski.

Po marszu robi się najprzyjemniej. Turyści wracają do pokoi hotelowych, a ja sama chodze po pusych alejkach. T. nadal w pierwszej fazie snu.

Bookmark and Share

Sorted out on Wednesday, January 27th, 2010

1 Response. Add yours!
Vang Vieng

W trakcie podróży po Laosie jest się skazanym na relaks. Wyjątkiem nie jest Vang Vieng, miasteczko położone przy Mekongu. Elementem charakterystycznym są tu knajpy z “Przyjaciółmi”, tanim piwem i smacznym jedzeniem. Serial leci w kółko, a backpackersi gapią się w ekran godzinami. My nie byliśmy wyjątkiem i dołączyliśmy do stada.

W chwilach przebłysku świadomości wybrać się można nad rzekę i spłynąć nią, rozłożonym na dętce z butelką piwa w ręku lub popaplać się w błocie. Można również pójść na spacer wzdłuż rzeki, pod cienkimi bambusowymi mostami, by osiąść na jednym z porozrzucanych leżaków i patrzeć na wzgórza.

Spotkaliśmy starszego Anglika, który opowiedział nam o 2 miesiącach spędzonych w tajskim więzieniu, za posiadanie 1g marihuany. Podobno dużo z więzienia wyniósł i nie żałuje spędzonego tam czasu. W między czasie mijały nas dzieci, które biegały po okolicznych resortach i wyrywały kwiaty z korzeniami, by sprzedać je w następnych.

Zachód słońca zakrywały chmury. Wschód był z drugiej strony miasta.

Bookmark and Share

Sorted out on Monday, January 25th, 2010

2 Responses. Add yours!
Francuskie Vientiane

Wstajemy na wyraźnie pogłębiającym się kacu, by wydostać się z wyspy. Bilet kupiliśmy w wieczór festiwalu, więc istnieje prawdopodobieństwo, że jednak zostaniemy. Zatrzymujemy się na śniadanie w knajpie na palach, czyli tarasie, pełnym kociaków. Na jedzenie (dwie kanapki) czekamy około godziny. Wszyscy na wyspie mają kaca. Odnajdujemy naszą łódź, która odstawia nas na stały ląd. Tam już czeka bus do Pakse. Wszyscy wyglądają na bardzo zmęczonych, wszyscy przypłynęli z tego samego kierunku.

Miasteczko portowe to domy na palach, a za drogę robi błoto. Ludzie kąpią się w rzece pod domami odgarniając jednocześnie pływające tam śmieci.

Droga zajmuje jakieś 6h, na miejscu z biegu kupujemy bilety na nocny do Vientiane. Kazali nam się stawić o 19.30, wpuszczali od 20.15.  Autokar to dwa rzędy podwójnych łóżek. My dostajemy górne nad łazienką, T. wini za to złośliwość sprzedawczyni. Absolutnie bym się z tym nie zgodziła, gdybym Pani nie widziała i gdyby Europejki z łóżka na przedzie nie przenieśli na łóżko dolne naprzeciwko łazienki. Nagle wszystko stało się możliwe. W nocy postanowiono nas zamrozić.

W Vientiane jesteśmy o 6.00 rano i zaskoczeniem stwierdzamy, że znalezienie pokoju nie jest proste. Wszystko pozajmowane. Nie zniechęcamy się jednak i postanawiamy poczekać do 12.00, kiedy to ludzie opuszczają pokoje.

Miasto pełne jest francuskiego wpływu. Na każdym rogu kawiarnia, restauracja lub sklep z importowanymi produktami.

Są również tereny niezagospodarowane w okolicach rzeki, gdzie zgubić się można w wysokich trawach, zapominając na chwilę o możliwości bliskiego spotkania z miną. Wybuch mnie ominął, za to wbiłam zardzewiały pręt w stopę. O troskach szybko zapomniałam, bo znalazłam belgijskie piwo. Jak przerwa od Azji, to w Vientiane.

Bookmark and Share

Sorted out on Thursday, January 21st, 2010

Be first to response!
Don Det & Festiwalowe pijańatwo

Mała chatka tuż przy rzece, z hamakiem na werandzie, stopionym woskiem na półce. Jesteśmy na Don Den i nie mamy elektryczności. Życie polega tu na bujaniu się i patrzeniu w dal, ewentualnie czytaniu książki. Jest spokojnie, bez większych emocji.

Wszystko staje na głowie, gdy zacznie się festiwal wyścigu łodzi. Kupujemy whisky dla starszyzny i zanim się zorientowaliśmy co się dzieje, siedzimy na ziemi w kręgu i popijamy z wędrującego kubka bimber lokalnej roboty. Jest mocny, wypala gardło, ale dzięki temu nie czujemy smaku. Nie można ominąć kolejki, nie można nie wypić wszystkiego. Piciu towarzyszą pieśni wygrywane na tradycyjnych instrumentach, śpiew i klaskanie w dłonie.

Cała wyspa jest zalana. Skąd wiem, że jest aż tak dobrze? Przed T. padła jak długa 60-letnia kobieta, na ścieżce, ot tak. Jako “prawie” ratownik T. zaczął wołać pomocy i chcieliśmy panią nieść do szpitala (którego na wyspie nie ma). Podszedł jej mąż i powiedział jedynie “niech leży i odpocznie”. Bimber czuć było od niej na metr. Na chwile się przebudziła, zaśmiała radośnie i ponownie odpadła.

Dzieci z kolei korzystają z imprezy i kręcą się na karuzeli napędzanej siłą mięśni właściciela. Zabawką nr 1 jest karabin

Bookmark and Share

Sorted out on Sunday, January 17th, 2010

Be first to response!
Page 1 of 4212345»...Last »



Browsing it.
Regularly & Accidently.
Now you can...
GTNW Kategorie
It's been a while now...
GTNW Archiwa
GTNW Flickr
Ostatnio dodane
Kontakt
GoldenTimesNewWoman