NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
Sydney
November 5, 2007 in Na codzień , , ,

Na początku muszę napisać, że jest źle. Poprostu do dupy. August, z pewnością wiesz co czuję… Jedyne co mnie podtrzymuje na duchu to te listwy podłogowe!

A teraz reszta. W China Town jest wielki hangar w którym odbywa się targ. Całość nazywa się Paddys Market. Targ odbywa się codziennie i można na nim kupić wszelkie owoce, warzywa, przyprawy plus całą resztę do jedzenia. Ale tylko w niedziele, tuż przez 17.00 (po 17.00 zamykają wrota do raju) zaczyna się walka! Ponieważ handlarze muszą się pozbyć towarów, wyprzedają wszystko na koszyki, w koszykach cuda i każdy koszyk za dolara!

Market wygląda tak:

Czyli pełno ludzi, ścisk, tłok, przepychanka, walka, ale wygrana rekompensuje wszystko. Przez pierwsze 5 minut byliśmy z T. trochę przestraszeni, ale potem wszelkie opory puściły. Biegaliśmy, przepychaliśmy się, łapaliśmy koszyki i rzucaliśmy dolary. Wszyscy krzyczeli “one dollar, one dollar”, przezornie miałam całą kieszeń $1, więc zakupy poszły gładko. Pod koniec tak się wkręciliśmy w cały klimat, że ciężko było wyjść i przestać rzucać dolarami.

To nasze zakupy, całość za $15, haha:

Także na kolacje jedliśmy melona, na śniadanie sałatkę owocową, wieczorem dziewczyny przygotowały sałatkę warzywną ze smażonym kurczakiem, a po drodze owoce same wpadały w ręce. Od niedzieli żyjemy zdrowo.

October 21, 2007 in Na codzień , , ,

Wiosna trwa, a co za tym idzie temperatury w okolicach 25 stopni i tłumy na plażach. T się kąpie, ja opalam. Woda wygląda fantastycznie, wysokie fale, ale nadal temperatura nie ta. Jestem wrażliwa na “stopnie” w wodzie. Dzisiaj większość czasu na plaży spędziłam robiąc zdjęcia. Zaczynam rozumieć dlaczego woda jest żywiołem. Plaża “Tamarama” pełna była ratowników w czepkach na głowach, bo fale sięgały kilku metrów, woda pełna walczących facetów, plaża pełna kobiet. Przy plaży bar ze zbyt drogimi kanapkami ale pysznymi świeżo wyciskanymi sokami!

Wracając wybrzeżem na Bondi widzieliśmy wieloryba!!! Niesamowite, że można je zobaczyć przy wybrzeżu! Był ogromny. Oprócz nas stało jeszcze kilka osób i wszyscy reagowali niesamowicie entuzjastycznie na każde wypuszczenie wody czy machnięcie płetwą.

Po drodze mijaliśmy też najbliższe oceanu lokum. Umiejscowione jest na skałach obok deptaka, mieszka tam jeden bezdomny australijczyk. Rozłożył namiot, porządnie przymocował, ściągnął fotele, wędki, taborety, szafki i wszelki inny potrzebny sprzęt i mieszka tam dłuższy czas. Zastanawiamy się czemu policja go nie przegania, w sumie patrząc na wysokość dzisiejszych fal, jest tam niebezpiecznie. Za to turyści pomagają mu żyć, przy zejściu do namiotu Pan postawił krowę maskotkę przywiązaną za nogę do skały wraz z garnuszkiem i można mu coś wrzucić. Ludzie wrzucają.

Sydney to bezpieczne miasto. Właśnie wróciłam do domu całkiem sama. Szłam ładnych pare km i ani przez chwile nie czułam się zagrożona. Miło.

October 10, 2007 in Na codzień , ,

Nie widziałam tu jeszcze much, nie widziałam komarów (duży plus), a ćmy widzę od paru dni wszędzie i to zazwyczaj grupowo. Nie wiem, czy to normalne zjawisko o tej porze roku, ale zaczęli o tym pisać w tutejszych gazetach, więc raczej nie. W każdym bądź razie ćmy są duże, brązowe, owłosione, nie stronią od ludzi i ani od własnego towarzystwa.

Efekt jest taki, że idąc nocą obok oszklonych wieżowców, mija się ćmowe zlepki na oświetlonych szybach. Idąc ulicami, istnieje duże prawdopodobieństwo zderzenia się z nie jedną z nich. Czekając na lunch, można sie im przyglądać, bo siadają na twoim stoliku. Ci, którzy znają T, wiedzą jakie są tego efekty…

A teraz zagadka. Zgadnij co to:

September 24, 2007 in Na codzień , ,

Na Circural Quay postawili barak. Przez tydzień mieszkał tam “najlepszy” sydneyowski kawaler. Codziennie spotykał się na oczach internautów i gości okolicznych knajp z trzema dziewczynami, które wypełniły wcześniej aplikacje przez internet. Po upływie tygodnia miał wybrać tą jedyną i polecieć z nią na wspaniałe darmowe wakacje do Paryża. Ostatniego dnia było wielkie poruszenie, zebrali się ważni ludzie z telewizji, grał zespół, podniecone kandydatki czekały, zaś kawaler stwierdził, że upił się dwoma kieliszkami szampana i nie jest w stanie podjąć decyzji. Barak z kamerami rozmontowali i nikt nie ma pojęcia jak się sprawa zakończyła.

To apropo tutejszego luzu. Z dnia na dzień to miasto coraz bardziej mnie zachwyca. W porze lunchu biznesmeni z największych korporacji biegną do parku, zdejmują marynarki i koszule, rozkładają się na trawie, albo siadają na fontannie, gdziekolwiek jest miejsce. I nie mówię o panach w okolicach 30-tki, ale o tych około 60-tki. Gdzie nie pójdę, wszyscy się uśmiechają. W kawiarni czy restauracji, fakt, można czekać pare ładnych minut, ale nikt nie robi z tego problemu. W supermarkecie sprzedawca krzyczy za mną “take care!”.

W weekend pojechaliśmy z T. do Watson Bay, czyli spokojniejszej część Sydney, składającej się z małych plaż, ślicznych kolorowych domków i kilku rezerwatów. Zaczepiliśmy też o Lady Jane Nudist Beach i co chcieliśmy, to zobaczyliśmy.

W międzyczasie poznałam część załogi Amnesia (praca T.) – chłopaki mają duże poczusie humoru i, co mnie zauroczyło, wszyscy chcą stawiać sobie wzajemnie piwo, w tym i mi. Z reguły jak ktoś kupuje sobie, to proponuje też innym. Papierosami się tak nie dzielą, może ze względu na ich cenę.

Zaliczyliśmy też pierwszą klubową imprezę w Will & Toby. Kiedy wyszliśmy stamtąd w środku nocy, to miasto dopiero się rozkręcało – na ulicach tłumy, kolejki do klubów i pełne puby. Następnego dnia ok 14.00 jechaliśmy na plażę i co rusz natykaliśmy się na końcówki imprezowiczów wypoczywających przed klubami na trawie.

Przy plażach jest inne życie. Im bardziej jesteś potargany, a twoje ubrania “zaniedbane”, tym lepiej. Za buty tylko japonki, ale i tak głównie na bosaka. Przy plażach są miejsca piknikowy i na każdej plaży przynajmniej jedna większa impreza. Niektórzy poprostu siadają na skałach i patrzą na morze. Aktualnie jest dosyć silny wiatr nad wodą, więc zdarza się, że przy nagłej zmianie jego siły czy kierunku, z domów wybiegają ludzie z deskami i biegną do morza. Niesamowity widok.

September 20, 2007 in Na codzień , , ,

Tydzień upływa pod znakiem kultury. T siedzi w pracy, a ja biegam po mieście. We wtorki bilety do kina są za pół darmo, więc zaliczyliśmy Hairspray – oryginał zdecydowanie lepszy.

W Hotelu niedaleko nas (w barze, bo hotel=>bar) był dobry koncert The Ray Mann Three – chłopaki nie dość że prezentują się dobrze, to jeszcze świetnie grają, przez chwile czułam się jak na warszawskich fortach. Co dziwne, knajpa musi mieć licencje, żeby móc organizować takie granie. Ogarnęliśmy z T kilka piw i wyluzowaliśmy przy dobrych coverach (dzięki T staje się fachowcem w dziedzinie muzyki).

W Museum of Contemporary Art zaliczyłam wszystkie wystawy. Wejdźcie na strone, bo ciężko to wszystko opisać. Tysiące uczuć. Od zachwytu po skrępowanie. To głównie prace młodych australijskich artystów. Duży plus, że za darmo. Wybieram się na dniach do Sydneyowskiego Muzeum na wystawę sztuki Aborygenów, połączoną z ich historią. Jak narazie widziałam ich tylko czekających na jedzenie pod kościołem, a w pobliżu ostro zalatywało alkoholem, ale to mógł być T, więc nie oceniam.

Dzisiaj jesteśmy świeżo po odwiedzinach w instytucie Goethego. Wyświetlali Der rote Kakadu. Dziwnie się ogląda niemiecki film z angielskimi npisami. Jedno jest pewne, panowała niesamowita atmosfera, ludzie się śmiali i klaskali. To film o grupie znajomych i ich życiu w okresie od kilku tygodni przed postawieniem muru do tego momentu. Dyskutowaliśmy potem z taksówkarzem, czy australijska młodzież wiedziała co ci ludzie przeżywali, czy odebrali to jako fikcje.

Po projekcji była impreza i grali The Trickski z Sonar Kollektiv. Chłopaki bawili się najlepiej ze wszystkich gości, a my zaraz po nich. Imprezie towarzyszyło darmowe piwo i kiełbaski.

Więcej takich eventów poproszę. Poznałam tam kolegę T z pracy.

Z przyziemnych spraw – naprawili nam rolety, które odpadły z sufitu w trakcie podciągania – byłam ich ofiarą, bo to ja podciągałam i na mnie się zatrzymały. Ale mam nowe spodnie, więc czuję się już dobrze.

Dodatkowo zaliczyliśmy sushi bar. Ściany knajpy obłożone są tablicami, a na każbym stoliku jest pojemnik z kredą. Zostawiliśmy po sobie pamiątkę. Niestety co jakiś czas ktoś ściera napisy, dlatego też będziemy tam bywać, by go odświerzać oczywiście.

Ach i najważniejsze! August był w telewizji i prasie! Podziwiamy i kochamy! Basia prezentuje się w prasie wybornie. Link do artykuł

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM