NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
Cusco
January 4, 2011 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże , ,

Miasto, w kórym pracownice McDonald’s noszą uniformy z dumą. Pięknie tam jest i mają świetne jedzenie na markecie.


January 4, 2011 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże , ,

Jak to w życiu bywa, magiczny czas w towarzystwie ludzi z genialnym usposobieniem spędza się na wypadach z przyjaciółmi. Jednak czasem poznaje się osoby, które wkraczając w nasze życie wnoszą tak ogromny element energii i akcji, że ciężko się po tym pozbierać, a na pewno zapomnieć.

Claire-Bear poznałam w Santa Cruz, na początku mojego pobytu w Boliwii. Mała Kiwi z pół zwierzęcą krwią. Rozstałam się z nią w Samaipata, spotkałam ponownie na chwilę w Sucre i Copacabana, by ta ostatecznie wyśledziła mnie w Peru (to prawdopodobnie ta zwierzęca część). Po kilku głębszych postanowiłyśmy osiąść na kilka tygodni w Cusco, nauczyć się hiszpańskiego i zamieszkać razem.

Nauka pochłaniała nam wiele godzin, a gdy wkułyśmy wystarczającą ilość słówek, przyszedł czas na praktykę. Cóż, nieśmiałe z nas dziewczęta, więc rozmowy z lokalnymi były krótkie i konkretne. Wkrótce znalazłyśmy i na to sposób – chicha – napój chollit dodający siły i odwagi (należy spożywać od godziny 13 do 18, gdyż trawi się go ciężko). Sfermentowana kukurydza sprawiła, że słowa same płynęły, a rozmowy się nie kończyły. By chichę pić należy znaleźć źródło w pijalni. Znalazłyśmy miejsce, gdzie wyrwano na naszą cześć kufle trunku z rąk chollit i dumnie nam podano. Od razu odmówiłyśmy z szacunku do kobiet okradzionych, ale gdy te nalegać zaczęły, nie było odwrotu. Kufle używane były pewnie od tej 13-tej, my wpadłyśmy tam około 18-stej, więc było się trzeba początkowo nieco przymusić, zaś efekt to cud. Zaprzeczona została moja polskość, Claire – Bear wytarzała się w siuśkach chollit, po czym zorganizowałyśmy dancing w nie naszym pokoju.

Kolejnego wieczoru podjęłyśmy próbę bliższego zapoznania się z lokalną kulturą, a co pozwala na to bardziej jak lokalna impreza. Za cel obrałyśmy bal maskowy jednego z peruwiańskich banków. Ochroniarz nie dawał się przekonać (japonki nie świadczą ponoć, że jesteśmy przebrane za gejsze), lecz za pomocą uroczej peruwianki udało się wejść. Po 30-stu minutach zmuszono nas do wyjścia, le te magiczne minuty z darmowymi drinkami i jedzeniem zostały wykorzystane.

W mieście prześladowały nas kobiety z lamami, przed którymi schronienia szukałyśmy w Prasada – najlepszy wegetariański bar w mieście, gdzie kaca leczono litrowymi świeżo wyciskanymi sokami i codziennymi niespodziankami w menu, jak lazania na bazie pure.

Nie obyło się bez traumatycznych przeżyć, jak moje przypadkowe potknięcie na kamieniu na ganku zakończone poślizgiem przez kałuże (padało).

December 20, 2010 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże ,

Z bólem serca pożegnałam się z Boliwią na rzecz Peru. Pierwszym przystankiem było Puno, gdzie kupiłam od razu bilet do Cusco na ten sam dzień, po czym popcorn, moje nowe uzależnienie.

Siedzę na terminalu, czytam o życiu Tiny Turner i obserwuję ludzi. Dziewczyny za mną robią sobie zdjęcia, chłopcy zachowują się jak dzieci, ochroniarz flirtuje, a ja czekam. Kupiłam kawę i przyłączyłam się do gromadki ludzi oglądających jakiś dziwny peruwiański serial.

Autokar miał być ogrzewany, to w końcu Peru, nie Boliwia. Wiarę straciłam, gdy zobaczyłam każdą z 20-stu otaczających mnie chollit taszczącą po dwa koce i wchodzącą do mojego autobusu. Co można napisać – piździło! Siedziałam w kurtce, swetrze, czapce, chuście i ogrzewaczach na łydki i nadal piździło.







Na terminalu w Cusco poznałam parę hiszpanów i czecha, z którymi wzięliśmy wspólnie taksówkę. Ostatecznie wylądowaliśmy w uroczym małym hostelu przy placy San Blas. Nasz przyszły pokój był jeszcze zajęty, cóż, 6 rano, więc zrobiliśmy śniadanie składające się z kawałka chleba, ciastek i herbaty z liści koki i poszliśmy na market po więcej. A na markecie dostać można wszystko od świeżo wyciśniętych soków po krowę w kawałkach. I tak zaczął się jeden z dziwniejszych dni na moim wyjeździe (to było zanim zaczęłam mieszkać z Claire). Nie wiadomo jak i kiedy zaczęliśmy grupowo ćwiczyć jogę na ganku hostelu, zrobiliśmy obiad, by zakupić następnie na mieście superbohaterów, którzy totalnie przejęli nasze osobowości. Po kolacji wylądowaliśmy w “km 0″, co zdecydowanie zbyt ciężko opisać.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM