NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
October 15, 2007 in Na codzień

Pierwsza książka przeczytana, nie licząc “It’s not ho good you are, it’s how good you want to be” Paula Ardena, którą traktuję bardziej jak poradnik.

Książka ta to “Dear Diary” Lesley Arfin. Przy okazji przysposobiłam kilka przydatnych słówek jak: prochy, odwyk, puszczanie się, winowajca, trzeźwość, powrót do nałogu i takie tam. Książka wciąga i co dziwne na koniec motywuje do działania. Efekt nawet lepszy jak po przeczytaniu poradnika, więc idealnie.

Do posłuchania: Ween “La Cucaracha”. Bosko.

October 10, 2007 in Na codzień , ,

Nie widziałam tu jeszcze much, nie widziałam komarów (duży plus), a ćmy widzę od paru dni wszędzie i to zazwyczaj grupowo. Nie wiem, czy to normalne zjawisko o tej porze roku, ale zaczęli o tym pisać w tutejszych gazetach, więc raczej nie. W każdym bądź razie ćmy są duże, brązowe, owłosione, nie stronią od ludzi i ani od własnego towarzystwa.

Efekt jest taki, że idąc nocą obok oszklonych wieżowców, mija się ćmowe zlepki na oświetlonych szybach. Idąc ulicami, istnieje duże prawdopodobieństwo zderzenia się z nie jedną z nich. Czekając na lunch, można sie im przyglądać, bo siadają na twoim stoliku. Ci, którzy znają T, wiedzą jakie są tego efekty…

A teraz zagadka. Zgadnij co to:

October 6, 2007 in Australia, Na codzień

W każdą pierwszą sobotę miesiąca w parku Pyrmont Bay Park odbywają się targi żywności, czyli targi wszystkiego co jest do zjedzenia/wypicia – ciastka, sosy, dżemy, powidła, soki, mięso, itp. itd. Wszystko jest organiczne, wytwarzane lub hodowane w domach, wszystkiego można spróbować i wszystko jest pyszne. Można tam również zjeść organicznego burgera, z organicznymi warzywami i jajkiem z obręczy.

T. kupił słodki ocet, wypiliśmy sok z organicznych pomarańczy i przy każdym stoisku myślałam o Pati i Kubie, bylibyście zachwyceni, tak samo jak T.

W Sydney zaczęła się wiosna i wygląda to tak, jak na załączonym poniżej obrazku. Plaże pełne ludzi, woda pełna surferów. Na Bondi panuje całkowicie inna moda jak w mieście. W centrum kobiety są stylowo i modnie ubrane, biegają na 10 cm obcasach. Na Bondi królują luźne sukienki, krótkie materiałowe spodenki, jeansowe mini i obowiązkowo japonki. Dla facetów kaloryfer na brzuchu, luźne spodenki i deska pod pachą.

Ponieważ to dopiero początek wiosny, pogoda potrafi szybko się zmienić. Po 2 godzinach mojego wylegiwania się na plaży, a T. – rzucania się na fale, pogoda zmieniła się w przeciągu zaledwie 2 minut i ludzie automatycznie, zgodnie i tłumnie udali się do pobliskich barów.

Razem z T. uzależniliśmy się od świerzo wyciskanych soków owocowo – warzywnych, na Bondi robi je jeden Pan Azjata, któremu ciągle wypada jedna część sprzętu i paćka albo klientów, albo sufit. Każdy reaguje na to śmiechem, nikt sie nie irytuje. Sufit jego knajpy wygląda jak po strzelaninie.

Na Bondi jest też najlepsza knajpa w jakiej dotychczas byłam (dzisiejsze odkrycie). Panuje tam totalny luz. Idealne miejsca na czytanie książki przy kawie. Cała powierzchnia otoczona jest ogromnymi rozsuwanymi oknami, parapety służą za stół, naokoło ustawione ławy i wszystko zajęte. Na miejsce czeka się z 15 minut. Knajpa pełna serferów, którzy podrywają wszystko, co się rusza i zaprzyjaźniają się z każdym, kto wejdzie. W powietrzu unosi sie pozytywna energia, wszyscy się śmieją i opowiadają o falach, deskach, falach i planach na wieczór. Kelnerki wyglądają jakby dopiero wróciły z plaży, a knajpy przychodzą sami ich znajomi, bo z każdym się serdecznie witają.

W pewnym momencie obok knajpy przetańcza grupka z bębnami, śpiewająca “hare kryszna”, wszyscy zaczynają klaszczeć, poruszać się w rytm muzyki, pozdrawiać śpiewających. Z chwilą gdy nas minęli, każdy na powrót zaczyna rozmawiać. Pełen luzi akceptacja wszystkiego, co naokoło.

Jedzenie świetne!

Sydney ma świetną komunikacje miejską, przystosowaną do potrzeb mieszkańców, czyli w każdym autobusie znaduje się specjalne miejsce, jakby duży kosz, gdzie podróżni mogą wstawić deski.

Chyba zacznę szyć pokrowce na deski, czuję, że to może być dobry interes…

September 24, 2007 in Na codzień , ,

Na Circural Quay postawili barak. Przez tydzień mieszkał tam “najlepszy” sydneyowski kawaler. Codziennie spotykał się na oczach internautów i gości okolicznych knajp z trzema dziewczynami, które wypełniły wcześniej aplikacje przez internet. Po upływie tygodnia miał wybrać tą jedyną i polecieć z nią na wspaniałe darmowe wakacje do Paryża. Ostatniego dnia było wielkie poruszenie, zebrali się ważni ludzie z telewizji, grał zespół, podniecone kandydatki czekały, zaś kawaler stwierdził, że upił się dwoma kieliszkami szampana i nie jest w stanie podjąć decyzji. Barak z kamerami rozmontowali i nikt nie ma pojęcia jak się sprawa zakończyła.

To apropo tutejszego luzu. Z dnia na dzień to miasto coraz bardziej mnie zachwyca. W porze lunchu biznesmeni z największych korporacji biegną do parku, zdejmują marynarki i koszule, rozkładają się na trawie, albo siadają na fontannie, gdziekolwiek jest miejsce. I nie mówię o panach w okolicach 30-tki, ale o tych około 60-tki. Gdzie nie pójdę, wszyscy się uśmiechają. W kawiarni czy restauracji, fakt, można czekać pare ładnych minut, ale nikt nie robi z tego problemu. W supermarkecie sprzedawca krzyczy za mną “take care!”.

W weekend pojechaliśmy z T. do Watson Bay, czyli spokojniejszej część Sydney, składającej się z małych plaż, ślicznych kolorowych domków i kilku rezerwatów. Zaczepiliśmy też o Lady Jane Nudist Beach i co chcieliśmy, to zobaczyliśmy.

W międzyczasie poznałam część załogi Amnesia (praca T.) – chłopaki mają duże poczusie humoru i, co mnie zauroczyło, wszyscy chcą stawiać sobie wzajemnie piwo, w tym i mi. Z reguły jak ktoś kupuje sobie, to proponuje też innym. Papierosami się tak nie dzielą, może ze względu na ich cenę.

Zaliczyliśmy też pierwszą klubową imprezę w Will & Toby. Kiedy wyszliśmy stamtąd w środku nocy, to miasto dopiero się rozkręcało – na ulicach tłumy, kolejki do klubów i pełne puby. Następnego dnia ok 14.00 jechaliśmy na plażę i co rusz natykaliśmy się na końcówki imprezowiczów wypoczywających przed klubami na trawie.

Przy plażach jest inne życie. Im bardziej jesteś potargany, a twoje ubrania “zaniedbane”, tym lepiej. Za buty tylko japonki, ale i tak głównie na bosaka. Przy plażach są miejsca piknikowy i na każdej plaży przynajmniej jedna większa impreza. Niektórzy poprostu siadają na skałach i patrzą na morze. Aktualnie jest dosyć silny wiatr nad wodą, więc zdarza się, że przy nagłej zmianie jego siły czy kierunku, z domów wybiegają ludzie z deskami i biegną do morza. Niesamowity widok.

September 20, 2007 in Na codzień , , ,

Tydzień upływa pod znakiem kultury. T siedzi w pracy, a ja biegam po mieście. We wtorki bilety do kina są za pół darmo, więc zaliczyliśmy Hairspray – oryginał zdecydowanie lepszy.

W Hotelu niedaleko nas (w barze, bo hotel=>bar) był dobry koncert The Ray Mann Three – chłopaki nie dość że prezentują się dobrze, to jeszcze świetnie grają, przez chwile czułam się jak na warszawskich fortach. Co dziwne, knajpa musi mieć licencje, żeby móc organizować takie granie. Ogarnęliśmy z T kilka piw i wyluzowaliśmy przy dobrych coverach (dzięki T staje się fachowcem w dziedzinie muzyki).

W Museum of Contemporary Art zaliczyłam wszystkie wystawy. Wejdźcie na strone, bo ciężko to wszystko opisać. Tysiące uczuć. Od zachwytu po skrępowanie. To głównie prace młodych australijskich artystów. Duży plus, że za darmo. Wybieram się na dniach do Sydneyowskiego Muzeum na wystawę sztuki Aborygenów, połączoną z ich historią. Jak narazie widziałam ich tylko czekających na jedzenie pod kościołem, a w pobliżu ostro zalatywało alkoholem, ale to mógł być T, więc nie oceniam.

Dzisiaj jesteśmy świeżo po odwiedzinach w instytucie Goethego. Wyświetlali Der rote Kakadu. Dziwnie się ogląda niemiecki film z angielskimi npisami. Jedno jest pewne, panowała niesamowita atmosfera, ludzie się śmiali i klaskali. To film o grupie znajomych i ich życiu w okresie od kilku tygodni przed postawieniem muru do tego momentu. Dyskutowaliśmy potem z taksówkarzem, czy australijska młodzież wiedziała co ci ludzie przeżywali, czy odebrali to jako fikcje.

Po projekcji była impreza i grali The Trickski z Sonar Kollektiv. Chłopaki bawili się najlepiej ze wszystkich gości, a my zaraz po nich. Imprezie towarzyszyło darmowe piwo i kiełbaski.

Więcej takich eventów poproszę. Poznałam tam kolegę T z pracy.

Z przyziemnych spraw – naprawili nam rolety, które odpadły z sufitu w trakcie podciągania – byłam ich ofiarą, bo to ja podciągałam i na mnie się zatrzymały. Ale mam nowe spodnie, więc czuję się już dobrze.

Dodatkowo zaliczyliśmy sushi bar. Ściany knajpy obłożone są tablicami, a na każbym stoliku jest pojemnik z kredą. Zostawiliśmy po sobie pamiątkę. Niestety co jakiś czas ktoś ściera napisy, dlatego też będziemy tam bywać, by go odświerzać oczywiście.

Ach i najważniejsze! August był w telewizji i prasie! Podziwiamy i kochamy! Basia prezentuje się w prasie wybornie. Link do artykuł

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM