NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
November 21, 2007 in Na codzień , ,

Sydney to zabawne miasto. Nie ze względu na fakt, że wszyscy na około chodzą uśmiechnięci i ciągle sobie żartują, czy dlatego, że całe miasto przyozdobione jest choinkami i świątecznymi stroikami podczas gdy z nieba leje się 30 stopni, a ludzie biegają po mieście pół nadzy. Chodzi mi o podejście ludzi do życia. Jeśli można zrobić coś fajnego, zróbmy to. Jeśli ktoś wpadnie na niecodzienny pomysł, zrealizujmy go. I chyba tak właśnie powstała idea utworzenia miesiąca “Movember”, czyli grow the mo! Chodzi o to, by w listopadzie zapuścić wąsy, im bardziej nietypowe tym lepiej, efekt jest taki, że po ulicach chodzą faceci wyglądający jak gwiazdy porno z lat 90-tych. Co zabawniejsze, idea nie ogranicza się do grona młodych i szalonych, bo wiekowi biznesmeni w garniturach też przycinają wąsik.

November 7, 2007 in Na codzień , ,

Wczoraj odbył się the Melbourne Cup, czyli wyścigi konne. Trąbili o tym od tygodnia. Zwołali wszystkich pracowników, każdy obowiązkowo miał się pojawić we wtorek w pracy (kolega powiedział, że nie może więc go zwolnili). Wszędzie porozstawiane telewizory i telebimy. Nasza restauracja w pełnej gotowości. Michelle przygotowała wielką tablice z imionami koni i rubrykami na zakłady za $5 i $10.<
O 12.00 zaczęli się schodzić ludzie. O 13.00 lokal był pełen (mieści ok 600 osób). O 14.00 wszyscy byli pijani.
Panowało takie podniecenie, że rozmawiano tylko o koniach, zaś alkohol płynął jak rzeka. Co chwile ktoś obstawiał, w różnych częściach lokalu tworzyły się grupki napitych mędrców, którzy uwielbiają wiedzieć wszystko o swojej kelnerce i nie chcą jej puścić. Kobiety, równie pijane jak mężczyźni, miały na głowie ogromne kapelusze albo coś w stylu upiętych pióro-kwiatowych wiązanek.

Wyścig rozpoczynał się o 15.00, więc około 14.45 panowało ogólne poruszenie. Wszyscy włącznie z pracownikami zebrali się przed telewizorami (w ramach akcji “kochamy naszych pracowników” losowaliśmy imię konia i obstawiali za nas za friko). Wyścig zaczął się o 15.00 a skończył o 15.02, haha, niesamowite, że cała impreza odbyła się dla 2 minut. Nie ma to jak zacięcie sportowe.

November 5, 2007 in Na codzień , , ,

Na początku muszę napisać, że jest źle. Poprostu do dupy. August, z pewnością wiesz co czuję… Jedyne co mnie podtrzymuje na duchu to te listwy podłogowe!

A teraz reszta. W China Town jest wielki hangar w którym odbywa się targ. Całość nazywa się Paddys Market. Targ odbywa się codziennie i można na nim kupić wszelkie owoce, warzywa, przyprawy plus całą resztę do jedzenia. Ale tylko w niedziele, tuż przez 17.00 (po 17.00 zamykają wrota do raju) zaczyna się walka! Ponieważ handlarze muszą się pozbyć towarów, wyprzedają wszystko na koszyki, w koszykach cuda i każdy koszyk za dolara!

Market wygląda tak:

Czyli pełno ludzi, ścisk, tłok, przepychanka, walka, ale wygrana rekompensuje wszystko. Przez pierwsze 5 minut byliśmy z T. trochę przestraszeni, ale potem wszelkie opory puściły. Biegaliśmy, przepychaliśmy się, łapaliśmy koszyki i rzucaliśmy dolary. Wszyscy krzyczeli “one dollar, one dollar”, przezornie miałam całą kieszeń $1, więc zakupy poszły gładko. Pod koniec tak się wkręciliśmy w cały klimat, że ciężko było wyjść i przestać rzucać dolarami.

To nasze zakupy, całość za $15, haha:

Także na kolacje jedliśmy melona, na śniadanie sałatkę owocową, wieczorem dziewczyny przygotowały sałatkę warzywną ze smażonym kurczakiem, a po drodze owoce same wpadały w ręce. Od niedzieli żyjemy zdrowo.

October 25, 2007 in Na codzień

Oficjalnie pragniemy wraz z mężem T. podziękować Augustowi za błyskawiczne ogarnięcie tematu listew podłogowych! Jesteś wielki, jesteś Davidem Hasselhoffem listew podłogowych! Szcunek.

tak zamartwialiśmy się tematem. T. bolało. Uratowałeś go!

October 21, 2007 in Na codzień , , ,

Wiosna trwa, a co za tym idzie temperatury w okolicach 25 stopni i tłumy na plażach. T się kąpie, ja opalam. Woda wygląda fantastycznie, wysokie fale, ale nadal temperatura nie ta. Jestem wrażliwa na “stopnie” w wodzie. Dzisiaj większość czasu na plaży spędziłam robiąc zdjęcia. Zaczynam rozumieć dlaczego woda jest żywiołem. Plaża “Tamarama” pełna była ratowników w czepkach na głowach, bo fale sięgały kilku metrów, woda pełna walczących facetów, plaża pełna kobiet. Przy plaży bar ze zbyt drogimi kanapkami ale pysznymi świeżo wyciskanymi sokami!

Wracając wybrzeżem na Bondi widzieliśmy wieloryba!!! Niesamowite, że można je zobaczyć przy wybrzeżu! Był ogromny. Oprócz nas stało jeszcze kilka osób i wszyscy reagowali niesamowicie entuzjastycznie na każde wypuszczenie wody czy machnięcie płetwą.

Po drodze mijaliśmy też najbliższe oceanu lokum. Umiejscowione jest na skałach obok deptaka, mieszka tam jeden bezdomny australijczyk. Rozłożył namiot, porządnie przymocował, ściągnął fotele, wędki, taborety, szafki i wszelki inny potrzebny sprzęt i mieszka tam dłuższy czas. Zastanawiamy się czemu policja go nie przegania, w sumie patrząc na wysokość dzisiejszych fal, jest tam niebezpiecznie. Za to turyści pomagają mu żyć, przy zejściu do namiotu Pan postawił krowę maskotkę przywiązaną za nogę do skały wraz z garnuszkiem i można mu coś wrzucić. Ludzie wrzucają.

Sydney to bezpieczne miasto. Właśnie wróciłam do domu całkiem sama. Szłam ładnych pare km i ani przez chwile nie czułam się zagrożona. Miło.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM