NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
November 8, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , , , , ,

Za 3 euro można wziąć taxi z Santa Cruz do Samaipata, wydaje się zdecydowanie lepszą opcją jak autobus, więc decydujemy się na nią. Cała trójka podjęła decyzję, że przejdziemy się do postoju, w sumie Santa Cruz nie jest zbyt duże. Szłyśmy i szłyśmy i kiedy w końcu zaczęłyśmy się pytać ludzi o kierunek, ci patrzyli na nas trochę dziwnie. Może dlatego, że za naszymi plecami widniał ogromny napis potwierdzający, że jesteśmy w odpowiednim miejscu.


Taksówkarz prócz naszej trójki i pozostałej siódemki postanowił swoim jeepem zabrać również kolumny. W ten sposób nasze bagaże trafiły na dach (padało), a my podskakiwałyśmy na kamienistej drodze w rytm boliwijskiego disco.

Samaipata przywitała nas zimnem w powietrzu i brakiem ciepłego prysznica. Nadal, to genialne miejsce do chillowania. Jest to także wioska cudów. Lisa marzyła o naleśnikach z bananem i cynamonem i właśnie je dostała na śniadanie. Pragnęła też pysznego browni, ale ten smakował jak kurz.







Ta piękna wioska położona zaledwie kilka godzin jazdy od Santa Cruz ma więcej do zaoferowania niż smaczne jedzenie (nie liczę brownie).

Pierwszą będą El Furte – pozostałości po kulturze Inków, ich świątynia z rzeźbieniami węża, pumy i jaguara oraz części zabudowań. Widziałam, posłuchałam, jestem pod wrażeniem. Czy ktoś wiedział, że Inkowie chowali w świątyniach mumie, zaś Hiszpanie totalnie je spalili. Egipt jest szczęściarzem. Wiele informacji wyciągnąć można z filmu puszczanego uprzednio w muzeum, ma jakieś 20 lat lub więcej, ale daje radę.

Kolejną atrakcją jest La Youngas – genialny treking przez palmowy las z zakończeniem na naturalnym tarasie widokowym – bezcenne. Tam też mało co nie weszłam w chmurę pszczół tworząc w ten sposób trzecią historię jak to prawie zginęłam w trakcie podróżowania. Moment, kiedy trzeba się było położyć na ziemi, by chmura odleciała był całkiem straszny. Dodatkowo razem z Claire zabrałyśmy za mało wody, prawie się odwodniłyśmy, ale wymieniłyśmy kanapkę na trochę płynu. Treking zajął kilka godzin, szłyśmy w górę w dół, wspinałyśmy się i zsuwałyśmy ze zbocza, wszystko było totalnie warte wysiłku. Nawet te dziwne insekty upierdliwie siadające na moim karku.


November 8, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , ,

30h autobusy + kilka czekania + 12h w kolejnym autobusie = zasłużyłam na wygodne łóżko i gorący prysznic. Santa Cruz wygrało i dostało mnie w prezencie na kilka dni. Dotarłam tam ok 4 rano, miałam zamiar spać cały dzień, ale skończyło się na 9. Usłyszałam odgłosy jedzących ludzi a ponieważ nie jadłam od jakiś 24h zmusiło mnie to do opuszczenia łóżka.

W hostelu o nazwie Tukan, w którym się zatrzymałam był tukan! Szczęśliwy mały ptaszek, z którym mieliśmy troche zabawy – on ugryzł mnie w nos, ja oddałam, nadal jesteśmy przyjaciółmi.



Miasto nie ma za wiele do zaoferowania, prócz najciekawszym, czyli obserwowaniem życia. Jest też muzeum komunikacji, ale z powodu święta było zamknięte, jakoś przeżyję. Jedno jest na pewno – genialny market ze stanowiskami manicure/pedicure rozstawionymi na ulicy, gdzie za jedyne 80 centów paznokcie przeradzają się w dzieło sztuki. Być może jest taniej dla lokalnych, ale totalnie mnie to nie rusza, za takie cacuszka zapłaciła bym nawet podwójną stawkę.



Na mieście jem wszystko co wpadnie mi w oczy, bo wszystko wygląda smacznie i jest w “Marta lubi” cenach, czyli np 10 centów za dwa genialne budyniowe ciasteczka. Jest też inny powód by się tu zatrzymać – to miasto lodów, genialnych lodów!


November 4, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Brazylia, Podróże , , ,

Chłopcy zjedli moje bułki, więc poszłam do sklepu po nowe. Zrobiłam kanapki, spakowałam się, zaś czas temu poświęcony wykorzystała Pandora – najlepszy kot na świecie – do przedostania się przez papierową torbę i lizania szynki w moich kanapkach. W przeciągu godziny siedziałam już w autobusie do Boliwii.

Ciężko było opuścić Rio, zwłaszcza, że Miriam pozwoliła mi poczuć się tam jak w domu (takiego bez Tomasza).






Trasa pomiędzy Rio i Sao Paulo przeleciała jak z bicza trzasł. Później autobus wypełnił się rodzinami. W nocy klimatyzacja poszła w zapomnienie a dzieci (około 6) postanowiły zrobić kupy. Brzmi zabawnie – nie za bardzo. Niemożliwością było otworzenie okna więc ostatecznie przeżyłam kilka śmierdzących godzin – w sumie jechałam 30h.

Zgodnie z wszelkimi uzyskanymi uprzednio informacjami miałam wysiąść na terminalu autobusowym w Corumbie i zdobyć pieczątkę wyjazdową z Brazylii, ale nagle cały autobus zaczął mi tłumaczyć, że nie, że posterunku już tam nie mai że powinnam jechać z nimi do granicy. Co tam, przecież nie sprzysięgli się wszyscy, żeby zrobić sobie ze mnie żart. Troche się zdziwiłam, gdy autokar zwyczajnie przejechał przez granicę i zatrzymał się po stronie boliwijskiej. Może nie jestem największym mózgiem, ale myślałam, że skoro w Ameryce Południowej nie ma Unii na miarę europejskiej to trzeba mieć pieczątkę na pożegnanie kolejnego kraju.

Okazało się, że granica ta jest przyjazna ją przekraczającym. Ponieważ po stronie Brazylijskiej nie ma niczego poza budką Policji Federalnej, oba kraje zgodziły się, by w czasie siesty (2-3h kiedy to granica jest w południe zamknięta) ludzie czekali po stronie boliwijskiej w cieniu kafejek, zaś o odpowiedniej porze powrócili na stronę brazylijską po pieczątkę.

Siedząc jeszcze w autobusie do Boliwii, po jakiś 24h jazdy miałam w glowię tę myśl, że zatrzymam się w Quijarro – mieście granicznym po stronie boliwijskiej na wygodny sen i gorący prysznic. Na miejscu postanowiłam iść za ciosem i wpakowałam się do kolejnego autokaru na 12h jazdy. Był to oczywiście autokar nocny, gdzie obok mnie siedziała/leżała urocza staruszka. Rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się, a gdy ta wpadała w głęboki sen, za każdym razem szczypała mnie w udo.

November 4, 2010 in Ameryka Południowa, Brazylia, Podróże , , ,

Mój ostatni dzień w Rio postanawiam spędzić w Santa Teresa i Lapa. Wpierw muszę jednak podjechać do Novo Rio po bilet autobusowy do Boliwii. Szybki zakup, wskazówki otrzymane w punkcie informacyjnym i już siedzę w autobusie do punktu przeznaczenia. Autobus wije się w górę wzdłuż torowiska, którym porusza się żółty tramwaj (lizboński akcent). Na kolejnych wzgórzach poukładane są małe domki, czy może bardziej trafnym określeniem będzie konstrukcje – to fevele. Każda dzielnica ma swój kolor maźnięty na którejś ze ścian. Zieleń, żółć, czy nic.



Pytam jakąś kobietę czy to ok, że sama zejdę ze wzgórza w dół. Odpowiada że jak najbardziej nie. Zdaję sobie sprawę, że jestem sama, ale nie będzie strach dyktował mi zasad podróży. Wychodzę i schodzę. Są chwile, kiedy jestem całkiem sama na długiej ulicy, to podobno nie najlepszy znak. Zaczepiam dwie dziewczynki z pytaniem, gdzie jest najbliższy przystanek autobusowy. Te pytają, gdzie chcę dojechać i zaczyna się prawdziwa przygoda.

Mówią i mówią a ja niewiele pojmuję, powtarzają to samo w zwolnionym tempie, pojmuję jakieś 20%, powtarzają to w kółko z prawdopodobnie założeniem, że jak się osłucham to zrozumiem więcej, ale i to nie działa. Mówią, żebym szła gdzieś z nimi, to idę. Dochodzimy do pary policjantów, którzy kierują mnie na hiszpańskie schody po czym mówią, że w sumie nie powinnam tam iść, bo miesiąc temu zabili tam Niemkę, a co za tym idzie nie jest najbezpieczniej. Wracam więc za dziewczynkami w górę. Te znów zaczynają mówić i ostatecznie prowadzą mnie do mamy jednej z nich, która robi dokładnie to samo co one wcześniej. Zaczyna się ściemniać, więc mówię, że ja już sobie pójdę. Wtedy napotykamy kolejną parę policjantów, która prowadzi mnie do pierwszej pary. Potem wspólnie postanawiamy, że jeden z nich zaprowadzi mnie do właściwego przystanku. Ale okazuje się, ze ten wybrany nie ma pojęcia, który jest właściwy i pyta wszystkich naokoło. Ktoś radzi, żebym przebiegła przez trasę szybkiego ruchu, policjant na to przystaje, więc biegnę. Utknęłam gdzieś po środku, ja z jednej strony, obok dziewczyna z flagą, po przeciwnej stronie jakaś bezdomna. W oddali widzę nadjeżdżający autobus, zatrzymuję go gdzieś, gdzie nawet nie ma mowy o przystanku, zaś kierowca jest szczęśliwy, że może mi pomóc. Rio jest genialne.

A wieczorem wróciłyśmy z dziewczynami do Lapa na festiwal sztuki.

November 4, 2010 in Ameryka Południowa, Brazylia, Podróże , , , , , ,


Poszłam na każdą kolejną, ale niefortunnie pogoda nie była najlepsza, więc nie podziwiałam pół nagich ciał tarzających się w piasku. Zjadłam za to loda z Mc Donalda i zaliczyłam przejażdżkę autobusem z szalonym kierowcą, który odmówił zatrzymania się na jakimkolwiek nie pożądanym przeze mnie przystanku i w efekcie w godzinach szczytu pozostał pusty.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM