NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
November 23, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , ,

Facet z hotelu kupił mi bilet na autobus do Tupizy. Kilka godzin w autobusie. Potem K. okazała się aniołem. Każąc taksówkarzowi czekać poleciała po jedzenie i picie dla mnie. Potem nadszedł czas by opuścić łóżko. Więc poszłam, ja i pigułki usypiające dupę. Droga nie była zła, może prócz tego chłopca na kolanach matki, śpiącego na mnie przez całą drogę. Gdy w końcu zasnęłam, ktoś próbował wziąć plecak z moich kolan. To był policjant, jeden z kilku przeszukujących autokar. Byłam bardzo grzeczna, nawet podziękowałam. Znajoma tego nie zrobiła i skończyła świecąc paszportem i odpowiadając na te wszystkie dziwne pytania.

Do Tupizy dojechałam o jakiejś 4:30, czego konsekwencją okazać się miało płacenie za pokój podwójnej stawki. Nie chciałam tego, więc spędziłam siedząc przez kilka godzin na plecaku przed drzwiami hostelu, w towarzystwie psów i akompaniamencie Pavarottiego puszczanego przez jednego boliwijczyka siedzącego obok. Spytał co lubię i to była jego interpretacja The Cinematic Orchestra. Wraz ze światłem poranka weszliśmy do środka (bez psów). Było za jasno by spać.

Poszłam na główną plaza i zobaczyłam małego chłopca maszerującego z polską flagą! Tuż za nim tańczyły (lub próbowały) te wszystkie małe dzieci przebrane za flinstonsów, anioły czy cyganów. Powiedzieli mi, że to nie polska flaga, walić to. Dla mnie była polska!



November 23, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , , ,

Zatem jestem w Sucre z K. – dziewczyną, która odnalazła miłość. Postanowiłyśmy zrobić coś wyjątkowego, więc poszłyśmy do tego ogromnego supermarketu, prawie jak w Europie. Oddałyśmy plecaki do szafeczki i kupiłyśmy te wszystkie super produkty na carbonare plus butelkę wina (+ popcorn + orzechy) po czym wróciłyśmy do hostelu. Gotowanie dało nam wiele przyjemności, genialnie jest poszwendać się po kuchni w akompaniamencie wina i dobrego towarzystwa. A potem przyszła noc. Miałyśmy wstać o 7 rano by złapać autobus do Tarabuco, w zamian o 4 rano obudził mnie ból brzucha. Pobiegłam do toalety, nie było papieru, wróciłam do pokoju, nie mogłam go znaleźć, obudziłam K. i ona też nie miała pojęcia gdzie jest, potem ta dziewczyna weszła do łazienki, żeby wziąć prysznic (o 4 rano!), więc zaczęłam panikować. Potem K powiedziała, że jest też ta inna toaleta, więc pobiegłam. Myślałam, że zejdę.

Zabawna rzecz, że jadłam wszystko z blaszanych ulicznych stanowisk a rozchorowałam się po własnoręcznie przygotowanym posiłku.

Więc nie pojechałyśmy na targ, a w zamian postanowiłam spędzić dzień w łóżku, no plus kilka kolejnych. A ponieważ lubię ryzyko, chodziłam na posiłki na lokalny targ.

Potem miałam w głowie ten pomysł, że że w końcu mi przejdzie, wielkie było moje rozczarowanie., a skończyłam na antybiotykach i stoperach. Brzmi zabawnie? Spróbuj spędzić w tym stanie kilkanaście godzin w autobusie bez toalety i dwa dni na koniu to pośmiejemy się razem.

November 20, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , ,

Jak łatwo było przewidzieć, noc po zabawie z górnikami nie należała do najłatwiejszych. Nie tylko dla mnie, bo przez całą noc prześladował mnie odgłos otwieranej butelki. Rano postanowiłam iść na spacer, w czym towarzyszyła mi wysoka altituda i kac.

Spotkałam tego uroczego chłopca z przesłodkim psem, chodziłam wąskimi alejkami a potem usłyszałam dobiegającą skądś muzykę. Okazało się, że w Potosi odbywa się finał festiwalu, w którym wioski z całej Boliwii walczą o 30.000.000 Bs! Wszyscy ubrani w tradycyjne stroje, grali, śpiewali i tańczyli ulicami Potosi. Gdyby nie fakt, że słońce grzało, kac męczył, a autobus był za chwilę, pewnie zostałabym do końca.

November 20, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , , ,

Przebywanie na wysokości 4000 mnpm sprawia, że można się czuć dosyć dziwnie. Wchodzenie do kopalni, która wygląda, jakby nikt nie używał jej od lat, z przestarzałym sprzętem i powyginanymi torami dla wagoników jest nawet zabawne. Dostałam kurtkę, spodnie, kask ze światełkiem, kalosze i torbę i wsadzono mnie do wana.

Wpierw musieliśmy się przygotować do wejścia do kopalni, więc poczęstowano nas 96% spirytem, dano liście koki do żucia i zasugerowano zakup prezentów dla górników. Potem jeszcze trochę wypiliśmy tego spirytu i weszliśmy do kopalni.

W środku było pusto, górnicy obchodzili swoją 24 rocznicę i postanowili zacząć pić tuż ze wschodem słońca. Weszłam dosyć głęboko, co wiązało się z problemami w oddychaniu, za dużo pyłu, za mało tlenu, ale warto. Przy wejściu, w bocznym korytarzu siedzi bożek, który chroni górników. Ma tam dobre życie, ulepiono mu wielkiego penisa i codziennie dostaje prezenty w postaci alkoholu, papierosów, liści koki i krwi lamy. Cokolwiek robi, kochają go tutaj.

Potem przychodzi czas na zabawę – czyli odpalenie dynamitu, wow, stoję tam i myślę, że jestem głęboko w kopalni i jak coś nie wyjdzie to zginę, albo lepiej, zostanę odcięta od świata na kilka dni. Huk był straszny, ziemia się zatrzęsła, podniósł się jeszcze większy kurz, ale żyję.

Potem pojechaliśmy na mecz piłki nożnej, ale górnicy zaczęli już pić, więc zrzuciliśmy się na kratę piwa i piliśmy z nimi. Tylko świnie biegały po okolicy. Nadal żuję liście koki, mój język zasypia.

Prysznic, ładniejsza koszulka i jedziemy na imprezę górników. W ogromnej sali z kupą głośników stał ogromny stół, przykryty białym obrusem i zastawiony alkoholem i pucharami. Był tam też starszy pijany górnik, robiący rundki pomiędzy dziewczynami, pytając o ich imię i śpiewając. Rundek było kilka, widać pamięć nie dopisywała.

Potem pojawiła się grupa muzyczna, której wokalista był zalany prawie że w trupa, wciąż zasypiał i przeciekał. Po około 2h przemów, w których mieliśmy swój mały udział, zaczęli grać. A my zaczęłyśmy tańczyć. Było tam tylko 5 dziewcząt – turystek i stałyśmy się bardzo popularne. Chłopcy krzyczeli wprost do zespołu, żeby ten nie przestawał grać, więc piosenki przedłużały się do 30 minut. Wydaje się, że można przeprosić i odejść, nie na tej imprezie, panowie trzymali kurczowo za ręce, a kolejni nie pozwalali na przeoczenie ich kolejki. Parkiet się zapełnił, ale nie tańczącymi, lecz pijącymi. Sęk w tym, że za każdym kubkiem trunku trzeba podziękować Pacha Mama, czyli rozlać trochę na podłogę. Po kilku godzinach imprezy podłoga pokryta była kałużą alkoholu, z pałętającymi się pomiędzy nogami psami liżącymi tą podłogę i leżącymi po kątach kawalerami. Wraz z jedzeniem pojawiły się pierwsze bójki. Dawid zaczął nas zapewniać, że to normalne, z tym, że nadal nie widziało mi się oberwanie w oko, więc pożegnawszy się, opuściliśmy imprezę.

Myślisz, że potrafisz się bawić? Pobaw się z górnikami.

November 8, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , , ,



Wraz z Lisą czekałyśmy na autobus jadący z Santa Cruz do Sucre przez jakieś 2,5h. I to nie na terminalu ale piaszczystej ulicy, pomiędzy kozami i krowami po ciemku. Potem to młode urocze dziecko kopało w mój fotel przez większość drogi, nawet, kiedy spało. Noc była długa i zimna a jej większość spędziłam grając w karty na ipodzie. Ranek przyniósł nowe niespodzianki – wypadek samochodowy i wrak tamujący ruch. Pasażerowie wyszli z autobusu i patrzyli na zjawisko. Ofiary odwieziono już chyba do szpitala, a może po prostu wstali i odeszli. Na pewno nikt nie wpadł na to, żeby wrak usunąć ze środka ulicy.

Meldujemy się w małym rodzinnym hostelu, bierzemy upragniony prysznic, myjemy włosy, oddajemy pranie, idziemy na market a tam cuda się dzieją – świeżo wyciskany sok za 30 centów, sałatka owocowa z jogurtem i ręcznie ubijaną bitą śmietaną za 50 centów, a na przypieczętowanie odnalezionego raju na ziemi – talerz pełen warzyw i mięcha za 90 centów! Może w okolicy zalatywało nieco surowym mięsem, ale z czasem przestaje się to czuć. Potem chodzę po mieście i zatrzymuję się kolejno w każdej napotkanej piekarni i kupuję ciastka (zazwyczaj za 2 – 10 centów), po Azji schudłam z 5 kg, po Ameryce Południowej przywiozę chyba więcej niż tylko suweniry.





Miasto jest piękne i sprawia, że czuję się jak na wakacjach. Małe uliczki, białe domki, uśmiechnięci ludzie. Muszę przenieść się do Potosi, ale wrócę za kilka dni na niedzielny market.


Kupuję popcorn za 10 centów i idę odebrać ubrania z pralni. Te, które były kiedyś białe już nie są. Zielony też jest fajnym kolorem.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM