NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
December 11, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże

Miejsce do kupowania, picia i życia. Trochę wcześnie o mieście poczytałam i ostrzeżono mnie, że jest niebezpiecznie. Idę sobie z plecakiem o 5 rano po mieście, mija mnie chłopak, zatrzymuje się i zaczyna iść za mną, zmieniam stronę ulicy, po drugiej kolejny robi to samo, więc tak sobie zmieniamy te strony. Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że chcieli mi pomóc w dźwiganiu plecaka, a ja jestem zbyt strachliwa. Życie w mieście budzi się do życia i zdecydowanie jest to moja ulubiona pora dnia.

By zbytnio nie przedłużać i nie opowiadać ze szczegółami co i jak, miałam zostać jeden – dwa dni zostałam z tydzień. Spotkałam tam Szymona, który ugościł mnie gorzką żołądkową i doprowadził do gigantycznego kaca. Pokazał również kilka interesujących miejsc, jak restauracje, gdzie można zjeść 3 kursowy obiad na 1.50 euro (z deserem!) i sklepy z 60-letnimi ponczo.

Zakupy pochłonęły sporo czasu, gdyż szukałam odpowiedniego prezętu dla mojego ukochanego małżonka Tomasza, odwiedziłam również market czarownic, by nabyć zdechłą lamę ku szczęściu naszego mieszkania i sok z kaktusa by wyleczyć moje poparzenia.

Doszło również do kolejnej próby gotowania z grupką znajomych. Tym razem nie zatrułam sama siebie, zaś zrobienie jajecznicy zajęło ponad 30 minut (sprzęt dał ciała). Zakupy robiliśmy u czollit, które soczyste owoce i warzywa rozdawały niemalże za darmo.

Jak prawdziwy turysta postanowiłam nie marnować dnia z powodu kaca i wybrałam się na wycieczkę po mieście autobusem turystycznym. Nie polecam. Prawie ugotowałam się pod szklanym dachem i słuchałam angielskiego przewodnika na włoskim kanale. Lepsze to niż spędzenie dnia w łóżku.

Załapałam się również na ślub, gdzie z podziwem obserwowałam tradycyjne i czyste stroje czollit. Dziewczyny dają radę, z tego co opowiadał Szymon również z piciem na imprezie. W okolicach kościoła kręcili się pucybuty, z dokładnie zasłoniętymi twarzami prosili, by nie robić zdjęć. Podobno w tym mieście czyszczenie butów jest nielegalne.

Nocą wylądowałam i w Lokim, który jest w okolicy dosyć znany. Rzucali tam alkoholowe galaretki, nawet jedną złapałam, inni skończyli z nimi we włosach czy twarzach. To i tak zdecydowanie ciekawsza opcja jak spanie z koncertem hard metalowców za płotem, czyli coś na wymiar spania pod sceną do 4 nad ranem.

W czasie, kiedy tam byłam trwały przygotowania do fiesty, więc natknąć się łatwo było można na sporych rozmiarów grupy ćwiczące układy i wyglądało to rewelacyjnie.

December 6, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , , , , ,

Altiplano jest zwyczajnie piękne, pełne flamingów i lam. Wysokość nieco utrudnia życie więc budziłam się w środku nocy bez oddechu i nadal pamiętam te nietypowe sny. Temperatura spada w nocy na minus i wstanie o 4 rano połączone z wyczołganiem się ze śpiwora graniczy z cudem. Ale potem dojechaliśmy do gorących źródeł. Nadal wcześnie, na minusie, słońce zaczyna wschodzić, więc rozbieram się do bielizny i wskakuję. Po 3 dniach w kurzu pustyni wkroczyłam do nieba.














December 5, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , , ,

Jak opisać miejsce, które widzieli wszyscy odwiedzający Boliwię. Hmh.

Jezioro solne jest wow, na prawdę i żadne zdjęcie nie jest w stanie tego oddać. By poczuć klimat trzeba się tam przejechać, posadzić pupę na soli i zjeść lunch na kolanach. Jak by się ktoś wybierał to sugeruję załatwienie spraw toaletowych wcześniej, bo próba załatwienia się na miejscu może być wyzwaniem.

Jeśli ktoś zainteresowany jest produkcją soli, odwiedzić można muzeum, czyli mały pokoik z panią pakującą sól do torebek.

Wiele się też nauczyłam. Lamy robią kupę w jedno miejsce i uprawiają seks w trójkątach. By zabić lamę należy znaleźć jakiekolwiek dostępne miejsce, np. kawałek polany i poderżnąć jej gardło, po czym rozebrać ze skóry. Lokalni podchodzą do kwestii mięsa na większym luzie niż Polacy (lodówka? – po co, mięso może leżeć na słońcu, czystość? – księżniczka się znalazła).

Jako prawdziwy turysta wybrałam wycieczkę czterodniową co wiązało się ze wspinaczką na krater. Wy powiecie łatwizna, ja odpowiem, że nie macie pojęcia o czym mówicie. Po pierwsze mówimy o wysokości ok 5000 m npm, czyli robi się podwójnie ciężko. Po drugie trzeba iść, iść i iść, a kiedy kończy się ścieżka zaczyna się wspinaczka przez tysiące małych turlających się kamyczków, które powodują systematyczny poślizg. W tak sprzyjających warunkach przyrody zgubiłam się i wylądowałam samotnie na szlaku niebezpiecznym (ups Tomasz), czyli było bardzo stromo, jeszcze więcej kamyczków i całkiem strasznie. Po zjedzeniu batona dotarłam na szczyt i poczułam się, jakbym zwyciężyła w maratonie (ale takim światowym i ciężkim).

November 30, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , , , , ,

Ciało odpoczęło dusza się cieszy. Razem z Melisą łapiemy autobus do Uyuni. Droga jest przepiękna, tylko czasem jedziemy za blisko krawędzi. W autobusie unosi się warstwa kurzu, który notorycznie wdycham. Wydmuchując nos wydmuchuję ziemie. Plus jest mały problem z nawierzchnią i ograny odłączają się od reszty ciała, zaś biust trzeba trzymać by nie poszedł własną drogą.





November 30, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże , , ,

Lubię o sobie myśleć jako o utalentowanej osobie. Dlatego postanowiłam sama nauczyć się hiszpańskiego, gry na organkach, a szyte przeze mnie ubrania z miesiąca na miesiąc wyglądają lepiej. Nie jest to kwestia narcyzmu, a bardziej odpowiedniego podejścia do życia. Za to nigdy nie podejrzewałam, że będę w stanie przypomnieć sobie jak się jeździ konno w 10 minut. Jeździłam jako dziecko i okazjonalnie kilka razy potem, poinformowałam o tym agencje i liczyłam, że wezmą to pod uwagę. Kiedy pojechaliśmy po konie okazało się, że pozostała załoga urodziła się w siodle. Dwie Irlandki z farmą, Brytyjka, której matka posiada konie i Norweszka, która trenowała konie wyścigowe. Potem Stina powiedziała, żebym ie nie stresowała, bo jazda konna to jak jazda na rowerze. Nie przypominam sobie, żeby mój rower był żywy, ale nie miałam zbyt dużo czasu na myślenie, bo po 10 minutach galopowaliśmy. Więc siedzę na tym koniu, przestraszona jak jego mać, próbując nie spaść. I okazało się, że to jest jak jazda na rowerze.


Warto wspomnieć, że wyglądamy jak prawdziwe kowbojki, są kapelusze, specjalne torby, ochraniacze na łydki i moja koszula w kratę. Plus mój plecaczek za 7 euro bezlitośnie kopiący kręgosłup z każdym ruchem kopyt. Dodatkowo nadal biorę antybiotyki i stopery na pupę (wiem, że kto nie ryzykuje ten nie ma, ale wizja rozwolnienia na środku pustyni nie należy to moich ulubionych obrazków).



Ciężko opisać widoki naokoło, to jakby wejść do telewizora w trakcie programu Discovery Channel. Nie mogę pokazać zdjęć, bo wchodzenie w galop było z moimi towarzyszkami niekontrolowane, a moje umiejętności nie pozwalają jeszcze na szybką jazdę i jednoczesne robienie zdjęć. Wpierw jedziemy po pustynnych terenach otoczonych czerwonymi skałami i kaktusami, Kilkukrotnie przeprawiamy się przez rzekę. Mijamy małe wioski składające się z kilku kamiennych domów, gdzie głównym biznesem jest pasanie kóz. Dużo galopujemy, czasem mój koń się w tym wszystkim gubi. Gdzieś na pustyni mijam tą kobietę idącą w sandałach. Jak ona się tam znalazła?






Wieczorem dotarliśmy do wioski ulokowanej pomiędzy kamiennymi wzgórzami. Ogarniamy konie i wchodzimy do sypialnej izby. Zrzucamy buty i torby i unosi się specyficzny zapach. Idę do wioski, unosi się kurz, wszędzie widzę byki, gdzie są krowy? Spotykam dzieci, które zrobią wszytko, żeby zrobić im zdjęcie, są całe wymazane ziemią, ale ciężko tutaj nie być. Plecy bolą jak skopane. Do chaty w której się zatrzymujemy przychodzi kobieta, by zrobić kolację, zajmuje jej to jakieś dwie godziny. Obok starsi siedzą na murku, dzieci zaganiają zwierzęta do zagród.





Rano budzę się pogryziona przez robale łóżkowe, zdarza się. Potem moje ciało informuje mnie, że jesteśmy w stanie wojny i będzie bolało. Mój koń pała nienawiścią do wszystkiego co przypomina innego konia, więc kopie i gryzie naokoło. Potem zdarzył się mały wypadek i dziewczyna skończyła na głowie a nie na koniu. U mnie puściły lejce, tak po prostu sie rozwiązły, a koń wbiegł w magiczne oczko wodne i prawie mnie w nie wrzucił. Ale te widoki… nie mogło być lepiej.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM