NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
December 22, 2010 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże , ,

Do miejsc pięknych zawsze trzeba wpierw dotrzeć i zazwyczaj wiąże się to z większymi kosztami, bo miejsce jest niezwykłe. Tak samo jest w przypadku Machu Pichu. Kolej kosztuje krocie, Inka Treking jest z pewnością wyjątkowy, ale przekracza mój budżet. Dlatego zdecydowałam się na wersję najtańszą, czyli 7h w autobusie, 2h w taxi (z chollitami w bagażniku!) i 1h w collectivo. Na koniec 2h spaceru wzdłuż trorów, który zaczęliśmy ok 17:30, więc po godzinie było ciemno. PrzeszliśĶy do wyższej szkoły jazdy, bo z latarkami na czołach przejść musieliśmy przez tory nad rzeką, co nie było bułką z masłem, szczególnie, kiedy niewiele widać.










W Aqua Caliente zorientowaliśmy się, że wody ciepłej wcale tam nie ma i dodatkowo jest niemiłosiernie drogo. Za kawę z proszku z mlekiem chcą 3 euro. Zdecydowanie postawiliśmy na oszczędzanie kosztem przesadnie drogich restauracji i posililiśmy się jajkami ugotowanymi w kubku za pomocą grzałki. Znajomy, będący w tym uroczym innym razem, poszedł na market w ramach lunchu, zjadł, po czym kucharz podwyższył cenę dwukrotnie (wcześniej pytany podał przystępną), a gdy kolega nieco się sytuacją zdenerwował usłyszał, żeby patrzył za siebie na ulicy. Cóż za mili ludzie…

December 20, 2010 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże ,

Z bólem serca pożegnałam się z Boliwią na rzecz Peru. Pierwszym przystankiem było Puno, gdzie kupiłam od razu bilet do Cusco na ten sam dzień, po czym popcorn, moje nowe uzależnienie.

Siedzę na terminalu, czytam o życiu Tiny Turner i obserwuję ludzi. Dziewczyny za mną robią sobie zdjęcia, chłopcy zachowują się jak dzieci, ochroniarz flirtuje, a ja czekam. Kupiłam kawę i przyłączyłam się do gromadki ludzi oglądających jakiś dziwny peruwiański serial.

Autokar miał być ogrzewany, to w końcu Peru, nie Boliwia. Wiarę straciłam, gdy zobaczyłam każdą z 20-stu otaczających mnie chollit taszczącą po dwa koce i wchodzącą do mojego autobusu. Co można napisać – piździło! Siedziałam w kurtce, swetrze, czapce, chuście i ogrzewaczach na łydki i nadal piździło.







Na terminalu w Cusco poznałam parę hiszpanów i czecha, z którymi wzięliśmy wspólnie taksówkę. Ostatecznie wylądowaliśmy w uroczym małym hostelu przy placy San Blas. Nasz przyszły pokój był jeszcze zajęty, cóż, 6 rano, więc zrobiliśmy śniadanie składające się z kawałka chleba, ciastek i herbaty z liści koki i poszliśmy na market po więcej. A na markecie dostać można wszystko od świeżo wyciśniętych soków po krowę w kawałkach. I tak zaczął się jeden z dziwniejszych dni na moim wyjeździe (to było zanim zaczęłam mieszkać z Claire). Nie wiadomo jak i kiedy zaczęliśmy grupowo ćwiczyć jogę na ganku hostelu, zrobiliśmy obiad, by zakupić następnie na mieście superbohaterów, którzy totalnie przejęli nasze osobowości. Po kolacji wylądowaliśmy w “km 0″, co zdecydowanie zbyt ciężko opisać.

December 17, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Peru, Podróże

Spędzam w autobusach tyle godzin, że grzechem by było nie robienie zdjęć. Droga z Copacabana (Boliwia) do Cusco (Peru) przez Puno zajęła mi dobę, a było pięknie.





December 15, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże ,

Wstałam o 6:00, potem o 7:00 a na koniec 7:30. Na łodzi miałam być o 8:30. We wspólnej łazience nie ma oczywiście ciepłej wody, więc wchodzę do jednego z pokoi widmo i prysznic biorę tam. Przy oddaniu plecaka do przechowania, starszy pan znów chce pieniędzy, lub przynajmniej siatkę owoców, którą trzymam w ręku.

Gdy docieram do łódzi, ta jest już pełna turystów. Mimo tego czekamy jeszcze z 30 minut na dobitkę. Kierunek to północna część wyspy Isla del Sol, z której chcę przejść na południową.

Gdy schodzimy z łodzi ktoś prosi, żebyśmy stanęli i posłuchali ważnych informacji o wyspie, to prywatny przewodnik, który za jedyne kilka Bv oprowadzi nas gdzie trzeba. Kupujemy obowiązkowy bilet i zaczynamy spacer. Jest pięknie plus ciepło, więc filtr idzie w użycie. Bilety sprawdzane są kilkukrotnie, co sprawia po chwili problem, bo ja swój zgubiłam i musimy z resztą moich towarzyszy kręcić na boku i na wzajem je sobie podawać.

Są i ruiny Inków, gdzie siadamy na wygryzionej przez owce równiutko trawie.

Wraz z dalszą wędrówką okazuje się, że bilety trzeba kupować jeszcze dwukrotnie. Miało być za 5 Bv od osoby, ale niestety skończyły się bilety indywidualne i grupa 5-cio osobowa musi kupić 2 za 15 Bv. Przy okazji zapewniają nas, że w związku z zaistniałą sytuacją nie musimy już żadnego innego biletu kupować.


Ale po godzinie marszu chcą od nas kolejnej opłaty i wręczają kolejny bilet. Grzecznie odmawiamy i tłumaczymy co i jak. Oni swoje, a my swoje. Mija nas chłopak, który wkurzony wraca, bo osoba postronna też go skasowała za przejście :) Gdy chciał pieniądze z powrotem usłyszał, że to nie jest problem pana który go skasował. Gdy tylko pokazał odrobinę temperamentu, pieniądze odzyskał.

Znaleźliśmy hostel z pięknym widokiem i poszliśmy na pizze do polecanego mi kilkukrotnie Las Velas.


Siedząc na kamieniu z widokiem na wodę wcinamy ją przy akompaniamencie piwa i promieni zachodzącego słońca.


A następnego dnia powrót na ląd, ale wcześniej patrzenie z niedowierzaniem na malutkie dzieci noszące z portu na wzgórze deski na nową szkołę (to chyba w ramach wychowania fizycznego), a potem na około 60-letnie cholity robiące to samo.


December 14, 2010 in Ameryka Południowa, Boliwia, Podróże ,

Sanny przygotowuje pożegnalne śniadanie, ale gotowanie jajek zajmuje wieki. Około 8 rano odbiera mnie kobieta i krzyczy, że muszę biec za róg. Więc biegnę sobie z 20 kg naokoło. Cel to Copacabana, z której dostanę się na Isla del Sol. Przepiękna droga, w trakcie której przesiadamy się na łódź, przeprawa przez rzekę i kolejna godzina jazdy. Boliwijczycy o dziwo mogą zostać w autobusie, a turyści muszą płacić za dodatkową łódkę.



Na miejscu krążę przez chwilę, meldując się w końcu w strasznym trochę hotelu na przeciwko “6 Augusta”. Hotel opustoszały, brudny, każdy pokój otwarty i oczywiście nie przygotowany pod gościa, łazienki straszą i nic nie działa. Miała być TV, nie działa, za wymianę anteny pan chce pieniądze, na co odpowiadam, że chcę zniżkę, bo przecież TV nie działa. Po krótkiej dyskusji nikt nic nie płaci, zaś pan kilkukrotnie w ciągu 12h próbuje wydobyć z mojego portfela dodatkowe pieniądze.


Miasteczko jest małe i nastawione na turystę. Ma katedrę, piękną, przed nią święcą świeżo zakupione auta. Po ulicach biegają świnki, atakuje mnie pies. Chciałam iść na taras widokowy, ale z racji że powoli się sciemniało, nie spotkałam żadnego turysty do towarzystwa, a samotna wycieczka została skutecznie mi odradzona przez pana zza baru – zostaję na miejscu. Dowiedziałam się mianowicie, że podobno bywa, że zarzucają obcokrajowcom od tyłu na szyję linę, po czym obrabiają.

W Copacabana życie toczy się powoli również i dla lokalnych. Siedzą spokojnie na rynku, czekają na autobusy czy handlują na markecie. Nikt się nigdzie nie spieszy, co udziela się otoczeniu.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM