NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
January 7, 2011 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże ,

Myśląc o liniach Nazca oczyma wyobraźni widziałam film “Znaki” i gigantyczne kształty wyciosane na polach. Z takim założeniem weszłam do awionetki i to pozwoliło mi wydać $80 na 30 minut lotu. Lonely Planet dołożyło swoich 5 groszy pisząc o 500 m2, na których znajduje się ponad 800 linii, 300 figur geometrycznych i jakiś 70 zwierząt i roślin.


Na lotnisku spisali dane, zważyli i wsadzili nas do awionetki. 5 miejsc w samolocie, myślę, że będzie fajnie. Zaraz po starcie zaczęło trząść i rzucać po ciele moimi własnymi organami. Próbowałam skoncentrować się na liniach i nie myśleć o tym, co chciałam zrobić. Patrzyłam, wypatrywałam i o mało co pierwszych linii nie przegapiłam, bo okazały się wyjątkowo niewielkie. Odwróciło to moją uwagę od stanu żołądka. Przywróciła ją sąsiadka używająca woreczka i sprawiając, że w duchu prosiłam siły nadprzyrodzona (Claire-Bear ma ich kilka) by nie pozwoliły mi poczuć specyficznego zapachu i zatrzymały kolację z uprzedniego wieczoru na miejscu (odradzono nam śniadanie przed lotem).

Linie nie zrobiły na mnie ogromnego wrażenia. Są one niewielkie, rozłożone na pustyni, co pozwala pilotom na zabawę z naszymi wnętrznościami (na pulpicie przyklejony jest napis, że napiwki są mile widziane. Ciekawe, jak często je dostają).

Po wyjściu z awionetki od razu podchodzi pan w białym fartuchu i proponuje masaż. Sęk w rym, że gdyby ktoś gdziekolwiek mnie nacisnął nie skończyłoby się to relaksem…

January 4, 2011 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże ,

W Nazca jest sporo klubów, co rzuciło się w oczy, gdy zjechałyśmy tam ok 2.30 nad ranem. Kolejne spostrzeżenia spotęgowały się i stworzyły teorię, która, zdaje się, musi być prawdą. Otóż, prawdopodobnie, pewnego słonecznego dnia do miasta zawitał autokar pełen gringos rodzaju żeńskiego (biały = gringo, nie ważne skąd się pochodzi), zaś pasażerki przybyły z zamiarem promowania rozwiązłości seksualnej, co przez kilka kolejnych dni czyniły. Gdy wyjechały, pozostawiły za sobą wrażenie, że każda biała kobieta myśli tylko o seksie.

Teoria powstała po dniu spędzonym na spacerowaniu po mieście, kiedy każdy kolejny mężczyzna, bez względu na wiek czy zawód, próbował mnie poderwać w mało wyrafinowany sposób.

January 4, 2011 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże , ,

Miasto, w kórym pracownice McDonald’s noszą uniformy z dumą. Pięknie tam jest i mają świetne jedzenie na markecie.


January 4, 2011 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże , ,

Jak to w życiu bywa, magiczny czas w towarzystwie ludzi z genialnym usposobieniem spędza się na wypadach z przyjaciółmi. Jednak czasem poznaje się osoby, które wkraczając w nasze życie wnoszą tak ogromny element energii i akcji, że ciężko się po tym pozbierać, a na pewno zapomnieć.

Claire-Bear poznałam w Santa Cruz, na początku mojego pobytu w Boliwii. Mała Kiwi z pół zwierzęcą krwią. Rozstałam się z nią w Samaipata, spotkałam ponownie na chwilę w Sucre i Copacabana, by ta ostatecznie wyśledziła mnie w Peru (to prawdopodobnie ta zwierzęca część). Po kilku głębszych postanowiłyśmy osiąść na kilka tygodni w Cusco, nauczyć się hiszpańskiego i zamieszkać razem.

Nauka pochłaniała nam wiele godzin, a gdy wkułyśmy wystarczającą ilość słówek, przyszedł czas na praktykę. Cóż, nieśmiałe z nas dziewczęta, więc rozmowy z lokalnymi były krótkie i konkretne. Wkrótce znalazłyśmy i na to sposób – chicha – napój chollit dodający siły i odwagi (należy spożywać od godziny 13 do 18, gdyż trawi się go ciężko). Sfermentowana kukurydza sprawiła, że słowa same płynęły, a rozmowy się nie kończyły. By chichę pić należy znaleźć źródło w pijalni. Znalazłyśmy miejsce, gdzie wyrwano na naszą cześć kufle trunku z rąk chollit i dumnie nam podano. Od razu odmówiłyśmy z szacunku do kobiet okradzionych, ale gdy te nalegać zaczęły, nie było odwrotu. Kufle używane były pewnie od tej 13-tej, my wpadłyśmy tam około 18-stej, więc było się trzeba początkowo nieco przymusić, zaś efekt to cud. Zaprzeczona została moja polskość, Claire – Bear wytarzała się w siuśkach chollit, po czym zorganizowałyśmy dancing w nie naszym pokoju.

Kolejnego wieczoru podjęłyśmy próbę bliższego zapoznania się z lokalną kulturą, a co pozwala na to bardziej jak lokalna impreza. Za cel obrałyśmy bal maskowy jednego z peruwiańskich banków. Ochroniarz nie dawał się przekonać (japonki nie świadczą ponoć, że jesteśmy przebrane za gejsze), lecz za pomocą uroczej peruwianki udało się wejść. Po 30-stu minutach zmuszono nas do wyjścia, le te magiczne minuty z darmowymi drinkami i jedzeniem zostały wykorzystane.

W mieście prześladowały nas kobiety z lamami, przed którymi schronienia szukałyśmy w Prasada – najlepszy wegetariański bar w mieście, gdzie kaca leczono litrowymi świeżo wyciskanymi sokami i codziennymi niespodziankami w menu, jak lazania na bazie pure.

Nie obyło się bez traumatycznych przeżyć, jak moje przypadkowe potknięcie na kamieniu na ganku zakończone poślizgiem przez kałuże (padało).

December 24, 2010 in Ameryka Południowa, Peru, Podróże , , ,

Machu Picchu widziałam kiedyś w jakimś programie podróżniczym i pomyślałam, że fajnie miejsce, za czym absolutnie nie szło “na pewno je kiedyś zobaczę”. A zobaczyłam, lecz najpierw wspinałam się o 5 rano po setkach sporych rozmiarów kamienistych schodów. W trakcie naszego wysiłku, któremu towarzyszyło notoryczne zalewanie się potem, leniwi turyści mijali nas w autokarach. Nie pałaliśmy do nich sympatią (oni na górze nie pachnieli lamą), a gdy odkryliśmy, że jedzą na górze lody za jakieś $4, postanowiliśmy skreślić z listy potencjalnych przyjaźni. Tak, w kraju, który ma własną walutę, na Machu Picchu ceny podawane są w dolarach amerykańskich. Lunch w restauracji na przykład to $36. Porównując to z lunchem, który można zjeść na targu za $1, łatwo sobie przyjemności odmówić.



Wszędzie naokoło słyszałam, że to bardzo istotne, żeby wspiąć się na Machu Picchu z samego rana, gdyż daje to możliwość wejścia nawet wyżej, czyli na Wayna Picchu. Tak też zrobiliśmy, by zorientować się, że w sumie wejść może 800 osób, nie 400 i po 12:00 nadal wchodzą, czyli spieszyć się tak bardzo wcale nie trzeba. Wayna Picchu wymaga przeprawy przez kolejnych kilka setek kamiennych schodo-głazów, lecz po porannym treningu, to dla mnie jak niedzielny spacer po parku.



Wrażenia ciężko opisać, ile razy można powtarzać, że miejsce jest piękne, niesamowite, powala, sprawia, że serce się cieszy… A to wszystko prawda. Siedziałam na szczycie góry przez kilka godzin, bo nie mogłam się napatrzeć. A gdy mięśnie odpoczęły i serce się uspokoiło, zaczęliśmy ćwiczyć jogę na jednym z tarasów. Alfonso dał z siebie wszystko, instruując mnie i Claire, zaś ja przy każdym psie z opuszczoną głową patrzyłam w przepaść, co nie służyło najlepszemu relaksowi.






Najprzyjemniej robi się późnym popołudniem, kiedy liczne, zorganizowane grupy wracają autokarami skąd przyjechały i można chodzić po ruinach Machu Picchu w ciszy i (w moim przypadku) w deszczu.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM