NA CODZIEŃ WARTE UWAGI PODRÓŻE
Azja
August 20, 2009 in Azja, Borneo, Malezja, Podróże

Przenosimy się do Serawak, czyli zachodniej części Malezyjskiego Borneo, które traktowane jest jak oddzielny kraj, więc dostajemy nowe wizy. Od razu kierujemy się na Belagę, żeby zobaczyć tradycyjne longhousy. Trwa to prawie dwa dni, bo składa się z kilku godzin w autokarze, oczekiwaniu na łódź i rejsie przez rzekę Betang Rejang (w trakcie którego przez cały czas leciały mistrzostwa w wrestlingu).
Od razu idziemy na spacer i spotykamy lokalnych, którzy o dziwo odradzają nam zorganizowane wycieczki i kierują do okolicznych longhousów.

Razem z nami idzie Andy z Wales, udzielając przy okazji interesującego wykładu z zakresu botaniki. Tak dowiedziałam się, że jest na świecie roślina, która broniąc się przed zwierzętami, zwija się przy najdrobniejszym dotyku. Dotykaliśmy ilekroć ją widzieliśmy.

Na miejscu otacza nas grupa dzieci (i tak została), a lokalni zapraszają do obejrzenia ich mieszkań, które łączy wspólny taras. Ulokowane są tam 22 rodziny.

Nadal mają piece na drewno, a wszystko przygotowywane jest na podłogach. W jednym natrafiliśmy na niezwykłą kolekcję sztyletów i splotów, gospodyni oprowadza nas w tradycyjnym stroju, czyli przewiązanej pod biustem chuście i z dumą próbuje tłumaczyć, który kiedy został zrobiony i co oznacza. Bardziej na migi i na niby rozumiemy.

Odwiedzane przez nas “długie domy” były połączeniem tych tradycyjnych z rozbudówką. Ku naszemu zaskoczeniu poinformowano nas, że do budowy używają azbestu, co skróciło nieco wizytę.

Za namową Andiego, nie wracamy łodzią do Sibu, ale przebijamy się 4WD przez ląd do Bintulu. Dzięki temu zobaczyć możemy tradycyjne tatuażowe zdobienia na ciałach lokalnych,

przepiękne tereny

i rozdeptanego skorpiona.

August 20, 2009 in Azja, Borneo, Malezja, Podróże

Zabawa składa się na trzy dni, z czego jeden to przyjazd a ostatni oddalenie się z obozowiska, z kilkoma bonusami.

Przy zameldowaniu gotowości do podróży dostaliśmy do ręki ogromne worki na śmieci z prośbą o wpakowanie tam naszych plecaków. Po 30 minutach zaczęło lać. Skąd wiedzieli, nie wiemy, ale wujek Tan to mądry człowiek.

By dojechać do obozowiska należy przejechać 4WD przez kilka kilometrów lasów palmowych, następnie wejść na łódkę o kształcie większego kajaka ze swoimi torbami (nadal leje), rejs rzeką Kinabatangan i już wbijamy się w błoto punktu docelowego.

Na miejscu warunki dość podstawowe. Śpimy na cienkich materacach rzuconych na podłogę, nad nimi moskitiera, pod nimi wykładzina. W chacie są trzy takie materace, w sumie na sześć osób. Chatka jest na palach, na zadaszenie i siatki zamiast ścian. Obowiązuje kilka zasad korzystania z lokum, takich jak trzepanie ubrań przed założeniem, dokładne sprawdzanie materaca przed położeniem i całkowity zakaz trzymania jedzenia, bo zwierzęta właśnie na to czekają. Światło jest tylko przed domkiem, więc w nocy biegamy z latarkami. Wszystko, czyli chaty, łazienkę i jadalnię łączą pomosty. Jesteśmy ulokowani tuż obok rzeki, w której nie można się kąpać, ani chodzić przy krawędzi, bo są tam krokodyle. Za to można w niej brać prysznic, bo właśnie ta brązowa woda pompowana jest do beczek, z których mamy się polewać.

Jesteśmy totalnie przemoczeni, ale nie opłaca nam się przebierać, jeśli chcemy spać w suchych ubraniach.

Wyjątkowo humorystycznie przyjęliśmy spotkanie informacyjne, które polegało na tym, że do każdego uczestnika z osobna podchodziło kolejno 10-ciu pracowników wujka Tana, by powiedzieć “nice to meet you” i odejść.

Tej samej nocy wpakowano nas w łodzie na nocne safari po rzece, nadal lało, a przewodnik siedział z generatorem na przodzie i walił światłem po drzewach z prędkością muchy. Na szczęście każdy miał swoją latarkę i szukał dzikiej przyrody na własną rękę. Nietrudno było znaleźć śpiące na gałęziach małpy proboscis, hornbille, kingfishery i krążące pod nimi krokodyle.

Wróciliśmy około 23:00, by wstać o 6:00 na poranne safari, w trakcie którego znaleźliśmy rodzinę orangutanów.

Zaraz potem weszliśmy na ląd, czyli krok w błoto po łydki. Dżungla bogata była w ptaki i owady, jedyne co rozpraszało, to zasysające się co krok kalosze.

Największe wrażenie zrobił na nas nocny spacer po lesie. Pomimo 30 stopni w powietrzu założyłam bluzę z kapturem i dodatkowo kurtkę przeciwdeszczową, wszystko w ramach ochrony. Marsz został chwilę opóźniony, gdyż do obozowiska wkradł się pyton i musieliśmy czekać, aż odpęznie. Jedno jest pewne, w życiu nie widziałam tak ogromnych robali, karaluchy były większe od tych w Sydney, ptaki śpią i głośne rozmowy ich nie budzą.

August 20, 2009 in Azja, Borneo, Malezja, Podróże

Centrum to las tropikalny, gdzie dochodzą do siebie odratowane orangutany. Można się im bliżej przyjrzeć w trakcie karmienia, polegającego na rzuceniu kiści bananów na platformie,co zazwyczaj zwabia kilka osobników. Żadnych sztuczek, tylko naturalne piękno.

August 20, 2009 in Azja, Borneo, Malezja, Podróże

Jazda w deszczu vanem, któremu nie działają wycieraczki i wyjątkowo parują szyby, z czym kierowca nie potrafi sobie poradzić, ale nadal jedzie 100 km/h, jest emocjonalnym wyzwaniem.

Semporna jest typowym miastem tranzytowym, ale oferuje wyjątkową okazję przespania się w longhousie, czyli bardzo długim domu, gdzie pokoje połączone są tarasem, a wszystko ulokowane na palach nad wodą. Wieczorem, przy zapalonym świetle i obecności 15-stki osób, po naszym pokoju biegały szczury. Ciężko powiedzieć, kto był bardziej obojętny na czyją obecność, ludzie, czy też szczury.

Zaraz po przyjeździe z uśmiechem poinformowano nas, że kolejne wolne miejsca na nurkowanie na rafach w okolicy Sipadan są za 3 miesiące (widać nie byliśmy pierwszymi naiwnymi). Pozostały nam rafy Mabul, gdzie płyniemy z Wójkiem Changiem. Mimo całej listy negatywnych komentarzy w sieci, organizacja była wyjątkowo sympatyczna. No może prócz drobnej awarii łodzi na morzu, co zmusiło nas do czekania na nową przez dłuższą chwilę.

Po drodze mijamy małe domki na palach. Najbliższa wyspa jest kilometry od nich, co sprawia, że w trakcie sztormu nie bardzo jest jak liczyć na pomoc sąsiadów.

Nurkowanie rewelacyjne! W skrócie lion fish, crocodile fish, wraki, wyjątkowo dużo żółwi gigantów, węże wodne, moje ulubione Nemo i wszelkie inne stworzenia morskie, które sprawiają, że pomimo regulatora w ustach, wydajesz z siebie radosne dźwięki.

August 14, 2009 in Azja, Borneo, Malezja, Podróże

Miasto idealne do chorowania. W aptekach nie można kupić opakowania leków, bo w Malezji sprzedają je na tabletki. Tak z porcją na tydzień, plazmą, zapasem filmów dvd i wyjątkowo wysoką gorączką utkwiłam w łóżku na tydzień.

Po dojściu do stanu użyteczności zobaczyłam, co traciłam stawiając na zdrowie.

NA CODZIEŃ
Notatki z życia codziennego.
WARTE UWAGI
Wszystko co lubię oraz co warte jest chwili Twojej uwagi. Moje inspiracje z różnych dziedzin.
OTRZYMUJ WPISY MAILEM
ODWIEDZAM