Z Semporny na Mabul

Jazda w deszczu vanem, któremu nie działają wycieraczki i wyjątkowo parują szyby, z czym kierowca nie potrafi sobie poradzić, ale nadal jedzie 100 km/h, jest emocjonalnym wyzwaniem.

Semporna jest typowym miastem tranzytowym, ale oferuje wyjątkową okazję przespania się w longhousie, czyli bardzo długim domu, gdzie pokoje połączone są tarasem, a wszystko ulokowane na palach nad wodą. Wieczorem, przy zapalonym świetle i obecności 15-stki osób, po naszym pokoju biegały szczury. Ciężko powiedzieć, kto był bardziej obojętny na czyją obecność, ludzie, czy też szczury.

Zaraz po przyjeździe z uśmiechem poinformowano nas, że kolejne wolne miejsca na nurkowanie na rafach w okolicy Sipadan są za 3 miesiące (widać nie byliśmy pierwszymi naiwnymi). Pozostały nam rafy Mabul, gdzie płyniemy z Wójkiem Changiem. Mimo całej listy negatywnych komentarzy w sieci, organizacja była wyjątkowo sympatyczna. No może prócz drobnej awarii łodzi na morzu, co zmusiło nas do czekania na nową przez dłuższą chwilę.

Po drodze mijamy małe domki na palach. Najbliższa wyspa jest kilometry od nich, co sprawia, że w trakcie sztormu nie bardzo jest jak liczyć na pomoc sąsiadów.

Nurkowanie rewelacyjne! W skrócie lion fish, crocodile fish, wraki, wyjątkowo dużo żółwi gigantów, węże wodne, moje ulubione Nemo i wszelkie inne stworzenia morskie, które sprawiają, że pomimo regulatora w ustach, wydajesz z siebie radosne dźwięki.

Tunku Abdul Ranam

Zbijaliśmy bąki na pięknej Mamutik, z białym piaskiem i ślicznymi koralami do snorklowania. Niestety Malezyjczycy uważają, że fajnie jest karmić rybki, a rybki, że strawa im się należy, więc jak jej nie dostaną, to podszczypują. Z perspektywy nieświadomego pływaka otoczonego setką małych, głodnych rybek, robi się trochę strasznie.

Po kilku godzinach przenosimy się na małą, równie uroczą Sapi, gdzie z kolei jedzenia domagał się sporawy dzik. Tutejsze zwierzęta/rybki są wyjątkowo rozpuszczone.

Kota Kinabalu

Z zatłoczonej i wiecznie krzyczącej Manili przenosimy się do Kota Kinabalu. Po wyjściu z lotniska ogarnia nas cisza. Nikt nie przekrzykuje się w proponowaniu taksówki, nikt nie idzie obok nas zadając po dziesięciokroć to samo pytanie. W spokoju dochodzimy do głównej ulicy poza lotniskiem i łapiemy minibusa, który kasuje nas tak, jakbyśmy byli lokalnymi. W błogim nastroju znajdujemy hostel, który jest jeszcze lepszym rozwiązaniem, bo tani, czysty i z netem za darmo. Następne kroki kierujemy w poszukiwaniu jedzenia, które to tłustej filipińskiej kuchni może być tylko lepsze i znajdujemy je. Po pierwszym wieczorze w KK idziemy spać szczęśliwi.

Kolejne dni rozleniwiają nas do granic przyzwoitości. Jedzenie zagnało nas na market, który składa się z trzech części: ziołowo-owocowo-warzywnej, mięsnej i rybnej. Ta pierwsza pełna jest worków z przyprawami i kolorowych smakołyków, mięsa przemilczę, rybna to morskie zoo.

Najlepiej wpaść w te okolice o 5 rano, kiedy zaczynają się dostawy. Załapać się można na tuńczyki-bydlaki, rekiny, płaszczki i inne mniej pospolite na polskich patelniach rybki. Zapach roznosi się po okolicy, ludzie niemalże biją się o co lepsze kawałki, dzieci pokładają się gdzieś po ławkach, a reszta miasta śpi. Klapki poszły w zapomnienie, bo zapach ryby okazał się nieusuwalny.

Podróż po mieście to kontakt z wyjątkowo przyjaznymi lokalnymi, którzy zapraszają nawet na wspólne spożywanie wina przy zachodzie słońca.

Naokoło biegają dzieci, które zaczepiają nas, by poćwiczyć angielski.

Zdecydowanie polecamy tutejszy kompleks muzeów i galerii, niestety nie można tam robić zdjęć. Wystawy są bardzo dobrze przygotowane, bogate w lokalne stroje, historię i sporo materiałów fotograficznych. Udało nam się nawet pograć na cymbałach w replice longhouse.

Cameron Highlands

W końcu opuszczamy Kuala Lumpur. T. biegnie z rana po bilety, pakujemy się, żegnamy z gospodarzem i biegniemy, z tym, że autobus jakoś nie przyjeżdża. W międzyczasie ok 10 osób pyta gdzie nas zawieść. Jednym z nich był przedstawiciel firmy, w której kupiliśmy bilety, a ja go spławiłam. Gdy odnaleźliśmy się nawzajem, poinformowano nas o godzinnym opóźnieniu naszego autokaru i możliwości zamiany na minibusa. Czyli zamiast 4,5h – 3h w tej samej cenie. A w busie klima, skóra i prócz nas 2 osoby, myśli o ewentualnym porwania wyparowały wraz ze snem.

Tak jak pierwsza część drogi prowadziła przez autostradę, druga (niestety ta po lunchu) przez wąskie i kręte górskie dróżki. Po bokach ustawione były szałasy z bambusów, gdzie dzieci sprzedawały miód, soki i rośliny z dżunglii. Zaraz obok stały domy również z bambusów, bez okien i z prewieszonym w drzwiach kawałkiem materiału w ramach drzwi.

Nasz nowy pokój okazuje się wyjątkowym zaskoczeniem – murowane ściany, klamka w drzwiach i klucz zamiast kłódki. Za to w łazience dziura robi za sedes, a beczka za prysznic.

Cameron Highlands słynie za sprawą trzech rzeczy: lodów truskawkowych, skonsów i herbaty. Lody wyśmienite, skonsy za drogie (za 2 maleństwa z herbatą RM22), pola herbaciane zapierają dech w piersi.

W drodze na herbatę mijamy z uśmiechem starego jeepa, którego kierowca bezskutecznie próbował odpalić. Po jakiś 50m staje obok nas i pyta, czy pragniemy podwózki, wskakujemy na naczepę i stojąc na workach z cementem, podziwiamy okolicę. Dobra dusza zaoszczędziła nam jakieś 45 min marszu pod górę. Zeskakujemy przy wejściu na plantację BOH Sungai Palac.

Mijamy pracowników z koszami na plecach i słomkowymi kapeluszami, którzy zbierają herbatę przy pomocy maszyny w postaci nożyc z pojemniczkiem. Herbata była urzekająca.

Następnego dnia planujemy wypad trochę bardziej wyczynowy. Trasą 9A, czyli ścieżką w dżungli, do której przejścia potrzebny jest ogromny tasak, a my dysponowaliśmy jedynie małym scyzorykiem, docieramy do trasy prowadzącej do BOH tea farm. Droga pod górę, a nią 7 km i niemalże fizycznie nas to boli. I tu kolejny cud. Po jakiś 200 m morderczej wspinaczki po rozgrzanym niemalże do czerwoności asfaldzie, zatrzymuje się Australijczyk i pyta, czy nas podwieźć. Wysiłek ogranicza się do spaceru po plantacji i patrzeniu na nią ze wzgórza. Jest ogromna. Droga powrotna jest już z górki, oglądamy okoliczne gospodarstwa, czyli domki zbite z kilku desek i pola.

Tu podwózkę oferuje Raga, który przedstawia nam jednocześnie swojego robala

i podwozi w ramach stopu do plantacji Cameron Bharat Tea Plantation, bo ta według niego jest najpiękniejsza.