Sorting it out.
Every each day.

Everything I wrote regarding Birma

Spacer po Yangon

Taksówkom odjechałam od dzielnicy, w której znajdował się nasz GH jakieś 7 km i postanowiłam wrócić na piechotę, żeby lepiej poznać miasto. Po 2 km straciłam bezpowrotnie klapka. W konsekwencji szłam 5 km przez zaplute ulice Yangonu na bosaka, ku uciesze lokalnych. Moje stopy przejęły czerwony odcień beatle nut i nawet szczotka miała problem z jego usunięciem.

Sorted out on Wednesday, December 2nd, 2009

Be first to response!
Rowerami przy jeziorze

Okazuje się, że Inle Lake to coś więcej jak jezioro. By tego dowieść, wypożyczamy rowery i ruszamy w trasę. Mijamy domy pozbijane z desek z bambusowymi dodatkami, obok małe ogródki i zwierzęta. Brak okien, jedynie okiennice, brak elektryczności, wychodek obok domu. Witamy w 21 wieku.

Pierwsza próba dotarcia gdziekolwiek doprowadziła nas do klasztoru z młodymi nowicjuszami, jak na małych mników całkiem nieźle wychodziło im przedrzeźnianie nas i wygłupy.

Kolejna wywiodła nas w wąskie uliczki z polami ryżowymi po obu stronach i błotem po środku, więc zawróciliśmy, bu uniknąć mokrego upadku, ale za to wylądowaliśmy w środku sporej grupy krów.

Dalej Forest Monastry , czyli 11 km piękną drogą i 45 minut wspinaczki połączonej z popychaniem roweru. Głównym celem było zorganizowanie dla Nety miesięcznej medytacji w tym pięknym dobytku, a skończyło się na poznaniu boskiego mnicha i wpatrywanie się w niego przy rozmowie.

A potem już tylko powrót, deszcz i zabawa z najsłodszą Birmijką na świecie i jej bratem.

Sorted out on Wednesday, December 2nd, 2009

Be first to response!
Inle Lake

Do Inle Lake wpłynęliśmy łodzią, czyli od pierwszej chwili widzieliśmy to, co najbardziej urokliwe.

Po dwóch dniach marszu w parzącym słońcu i trampkach marzyliśmy tylko o prysznicu i masażu (APW to ta część świata, w której cena masażu odpowiada cenie Big Maca w PL), więc na tym się pierwszego dnia skupiliśmy.

Za to kolejnego złapaliśmy łódź z przewodnikiem i ruszyliśmy na jezioro. Można powiedzieć, że tafla Inle to oddzielne miasto. Są tam pływające ogrody, ale także kuźnie, fabryki tkanin czy papierosów, ulokowane w chatach na palach.

Jedną z “atrakcji turystycznych” są rybacy wiosłujący za pomocą nogi.

Są to podobno najbiedniejsi przedstawiciele miasteczka i całe ich życie skupia się na łodziach, od pracy do snu. Zarabiają sprzedając ryby na targu, który obraliśmy za pierwszy cel wycieczki. Schodzą się tam mieszkańcy okolicznych wiosek, także ci z gór. Jest tłoczno, kolorowo i bardzo wesoło.

Na froncie poukładane na ceratach ryby i dochodzi do ostrego targowania. Dalej barwne przyprawy, orzechy uprawiane na okolicznych polach i fasola. Jest również co nieco dla turysty, czyli suweniry. Góruje żaba rechotka, która ma tarkę na plecach i przeciągając po nich patykiem tworzymy piękny ale i intensywny dźwięk - zmora rodziców (długo rozważałam zakup rechotki dla Igora).

Kilka kroków dalej leży piękna pagoda, która mieści podobno 1039 świątyń. Są one bardzo zaniedbane, ale można zasponsorować remont i umieścić na jednej z nich tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. Chan Chan tłumaczyła, że robi się to po to, by zmobilizować sąsiadów do podobnych działań. W trakcie naszych odwiedzin przeprowadzano właśnie taką renowację, a sąsiednia świątynia służyła za magazyn.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się kolejno w najróżniejszych warsztatach. Zaskakująco interesująca okazała się wytwórnia tkanin. Obserwowaliśmy tam długotrwały proces wytwarzania nici z lotosu. Z łamanej gałęzi uzyskuje się 20 cm 1/10 grubości nici, po czym te delikatne włoski łączy się w całość (co tłumaczy wysokie ceny). Wszystko tworzone jest za pomocą rąk lub maszyn wprawianych w ruch za pomocą siły mięśni. W sąsiedniej izbie farbuje się nici, maczając je 5 razy w farbie, następnie gotuje się je i powtarza cały proces.

Deszcz przeczekaliśmy sprawdzając szybkość produkcji cygaretek (każda kobieta robi ok 1000 dziennie), bo o ile przez cały dzień pływaliśmy w pełnym słońcu i parasolami w ręku, tak przy odwiedzaniu pływających ogrodów lunął deszcz, który odbijając się od tafli jeziora, moczył nas również i z dołu. Gdy zmarznięci i zakryci szczelnie parasolami wracaliśmy do suchych pokoi, obserwowaliśmy, jak rybacy siedzą wciąż na łodziach przykryci ceratą i łowią.

Sorted out on Wednesday, December 2nd, 2009

Be first to response!
Z Kalaw do Inle Lake

Transport w Birmie to nie takie hop-siup. Co prawda są wygodne, turystyczne autokary z kocykiem i dwoma poduszkami na pasażera, ale nie kursują one na każdej trasie. I tak pomiędzy Bagan i Kalaw przejazdy organizuje tylko jedna firma, posiadająca malutki autobusik i próbująca wpakować do niego jak największą liczbę ludzi i towarów. Zostaliśmy ulokowani na podwójnym siedzeniu szerokości pojedynczego, a pod nasze stopy próbowano wepchnąć nasz plecak, co w efekcie lokowało kolana na wysokości szyi. Droga prowadziła przez rzeki, góry i doły, a pojazd zgarniał po drodze każdego chętnego do jazdy. Dosyć szybko zabrakło plastikowych taboretów i miejsca na dachu, więc ludzie zaczęli stawać na sobie. Gdzieś w połowie drogi kobieta siedząca obok T. zwymiotowała na podłogę i Tomkową stopę i z wyrazem ulgi na twarzy jechała dalej. Relaks przesłonił chęć sprzątnięcia śniadania i jechaliśmy z nim do Kalaw.

W Kalaw od razu spotkaliśmy Sika-przewodnika i umówiliśmy się na treking do Inle Lake. W mieście nie było akurat prądu, więc wraz z zachodem słońca opadliśmy w objęcia Orfeusza, co po 14h jazdy było najlepszym pomysłem, na jaki wpadliśmy.

Marsz zaczęliśmy od wioski Danu, skąd ruszyliśmy w góry, przez błoto, rzeki, pola, łąki. Po drodze mijaliśmy wiele różnych plemion, które wydawały się być o wiele bardziej zainteresowane nami, niż my nimi. Zadawali nam wiele pytań o codzienne życie w Polsce.

Wszyscy przedstawiciele danej wioski noszą charakterystyczne stroje przy wszelkich wykonywanych czynnościach. Kobiety Tong Yu z wioski Nanho, zakryte czernią z kolorowymi chustami na głowach, obrabiały pola, kiedy my w koszulkach na ramiączka walczyliśmy z upałem.

Robin pokazuje nam rozmaite zioła i dzikie owoce. Staramy się próbować wszystkiego, z tym że niektóre dary natury zdecydowanie nie były tego warte.

Pod wieczór docieramy do klasztoru, gdzie mamy zatrzymać się na noc. Korzystamy z tych samych prysznicy co mali mnisi, czyli wchodzimy za murek do wysokości ramion i polewamy się zimną wodą. Sen przychodzi dosyć szybko, a o 4 rano wyrywają nas z niego chanty mnichów. Wstaję po ciemku, by usiąść w kącie i obserwować młodych nowicjuszy śpiewających w otoczeniu świec.

Po śniadaniu zaproszeni zostajemy na rozmowę z head monk, który daje nam błogosławieństwo i ofiaruje branzoletki mające chronić nas przed koszmarami.

W trakcie dalszego marszu poznajemy wielu ludzi i dowiadujemy się, że około 85% mieszkańców tych terenów jest szczęśliwa. Ich główne zajęcie to rola i obejście zwierząt i robią to, co lubią. Relacje pomiędzy sąsiadami są serdeczne, dużo sobie pomagają i dbają o siebie wzajemnie. Przez znacznie utrudniony dostęp do wiosek (można się tam przeprawić jedynie za pomocą wozu zaprzężonego w woły lub na nogach), są oni daleko od skomplikowanej sytuacji politycznej kraju i żyją swoim życiem.

Sama droga była w większości bardzo przyjemna i tylko czasami wpadało się po kostki w błoto lub moczyło do kolan nogi w rzece. Jedno jest pewne, ludzie sprawili, że było to przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Sorted out on Friday, November 20th, 2009

7 Responses. Add yours!
Festiwal w Bagan

W dniach, gdy byliśmy w Bagan, odbywał się akurat festiwal jednej ze świątyń. Zebrały się tłumy, które z entuzjazmem obserwowały zorganizowany przez mieszkańców show. Kolejno przechodziły ulicami przygotowane ręcznie postaci, a z głośników leciało techno. Nie załapałam związku niektórych lalek ze świątynią, ale to z pewnością bariera kulturowa. Bo kto powiedział, że postaci z  “Prison Break” nie są związane z Buddyzmem.

Częścią zabawy było wbieganie z ogromnymi kukłami w tłum i rozpychanie go. Ludzie gubili klapki, przewracali się w błoto i cieszyli jak dzieci.

Jedna z dusz to książę alkoholik, który zmarł z przepicia. Spowodował on największe poruszenie, gdyż naokoło niego tańczyli młodzi chłopcy, wlewający w siebie domowej roboty bimber. Obowiązkiem każdego było picie do nieprzytomności, co skutecznie wprowadzali w życie, tańcząc jednocześnie w rytm bitu.

Było też coś dla obcokrajowców - lalka turysty, różowa na twarzy, z plecakiem, kamerą ma szyi, aparatem w ręku jednym, a drugim butelką wody. Naokoło biegali chłopcy przebrani za małe dziewczynki i popychając lalkę próbowali wepchnąć jej pocztówki i obrazy. Następnie wypatrzyli mnie w tłumie i podobną akcję przeprowadzili ze mną. Wszystko odbyło się bardzo humorystycznie, z tym że za bardzo zbieżne było z rzeczywistością turysty w Bagan.

Przez cały czas naokoło tumów krążyła Policja i wyłapywała tych bardziej pijanych, którym rozluźnił się nieco język i powiedzieli o jedno słowo za dużo na temat rządu. Konsekwencje wolności słowa są w Birmie dość groźne - od 3 miesięcy do roku więzienia i kara nie jest wymierzana w zależności od wagi słów, ale zasobności portfela.

Sorted out on Friday, November 20th, 2009

Be first to response!
Go Back

Page 1 of 3123»




Browsing it.
Regularly & Accidently.
Now you can...
GTNW Kategorie
It's been a while now...
GTNW Archiwa
GTNW Flickr
Ostatnio dodane
Kontakt
GoldenTimesNewWoman